Poczta Polska: wspieramy aktywność sportową naszych pracowników

Dzięki wsparciu Poczty Polskiej mamy możliwość zaprezentowania historii dwóch niezwykłych osób – pracowników Poczty, którzy w wieku dojrzałym pokazują na własnym przykładzie, że sport to zdrowie. Ich sportowa aktywność może być inspiracją dla wielu osób – bez względu na metrykę.

Poczta Polska od wielu lat dba o aktywność swoich pracowników, organizując ogólnopolskie zawody, tworząc i wspierając kluby pracownicze oraz dofinansowując udział pracowników w różnego typu turniejach. Te działania dają wymierne rezultaty, czego dowodem są wywiady zaprezentowane poniżej.


Chciałem udowodnić tezę, że Polska to kraj ludzi uczynnych, gościnnych, otwartych i szczerych. I udowodniłem

Rozmowa z Jackiem Gutem, listonoszem (56 lat)

Fot. archiwum Jacka Guta

Będąc listonoszem, ma pan okazję do codziennego ruchu. Sama praca nie wystarcza, by zaspokoić głód aktywności?

Za kilka miesięcy będę obchodził 20-lecie pracy w Poczcie Polskiej. Bardzo lubię być listonoszem – zawód pomaga mi dbać o kondycję potrzebną w turystyce rowerowej, a rower pomaga mi w działaniach zawodowych. Pasja i praca uzupełniają się i zazębiają.

Kiedy rower pojawił się w pańskim życiu na serio?

W moje 18. urodziny, w ’82 roku. Trwał stan wojenny, w kraju nie było prawie nic. Osiemnastki świętowało się w domu, z tortem i alkoholem. Postanowiłem wsiąść na swój rower z komunii, składak marki Sokół, i pojechałem na wyprawę nad Zalew Szczeciński. Młody chłopak na starym rowerze i z plecaczkiem był postrzegany jako osoba, która chce nielegalnie przekroczyć granicę. Zostałem trzykrotnie spisany przez służby graniczne, a rodzice musieli tłumaczyć na milicji, po co się tam wybrałem. Bardzo mi się wtedy spodobała jazda na rowerze i postanowiłem rozwijać to hobby.

Założenie rodziny i podjęcie pracy zawodowej nie było przeszkodą dla tej pasji?

Starałem się to łączyć. W strukturach PTTK we Wrześni założyłem grupę rowerową „Wielkopolska”, która promowała sport, turystykę i nasz region. W 2001 roku zostałem zatrudniony w Poczcie Polskiej i już rok później zorganizowałem rodzinny rajd rowerowy dla pracowników i ich rodzin. Wzięło w nim udział około stu osób. Rajdy stały się tradycją – organizuję jeden wiosną i jeden jesienią. Cieszą się dużą popularnością, startują w nich często całe rodziny. Miła, wielopokoleniowa rozrywka. Czasami przyjeżdżają dorośli, którzy jeździli z nami jeszcze w dzieciństwie.

Pod zamkiem w Pieskowej Skale
Fot. archiwum Jacka Guta

Lubi pan też podróżować sam, bez towarzystwa?

Oczywiście. W 2005 roku zrobiłem coś, czego wcześniej nikt w Polsce nie dokonał – postanowiłem odbyć wyprawę wokół kraju bez wydawania symbolicznej złotówki. Wiele lat dojrzewałem do pomysłu, aż w końcu uznałem, że nadszedł czas. Po dwóch latach amatorskich przygotowań, bez jakichkolwiek konsultacji żywieniowych, medycznych czy szkoleniowych, mając przeciętny rower, stwierdziłem, że najwyższy czas spełnić marzenie. Nikt wcześniej z takim wyzwaniem się nie mierzył. Wszystko było niewiadomą. Nie miałem pojęcia, jak zareaguje organizm, ale powiedziałem sobie: teraz albo nigdy!

Udało się?

Udało! W 10 dni objechałem Polskę i nie wydałem ani grosza! Dziennie pokonywałem ponad 220 kilometrów, spędzając na rowerze 15–16 godzin. Cała trasa zajęła mi 230 godzin, licznik wskazał 2355 kilometrów.

To chyba wymagało dużej życzliwości ze strony spotkanych osób.

Chciałem udowodnić tezę, że Polska to kraj ludzi uczynnych, gościnnych, otwartych i szczerych. I udowodniłem. Bardzo pomagał mi pamiętnik, który ze sobą zabrałem. To on torował mi drogę do ludzkich serc, przełamywał stereotypy i uprzedzenia. To był niesamowity oręż na polu psychologicznym. Każdy, kto udzielił mi wsparcia, wpisywał się do tego pamiętnika. Najpierw jedna osoba, potem kolejna. Te wpisy zachęcały innych do udzielania mi pomocy.

Wybierałem raczej przeciętne domy, licząc, że tam będzie łatwiej niż w tych bogatych. Nigdy nie wpraszałem się do środka – prosiłem o wodę, wpis do pamiętnika i możliwość rozbicia namiotu. Ludzie, patrząc na wpisy, zapraszali na kolację, dawali jedzenie na drogę. Taki efekt domina.

Ostatniego dnia miałem nocleg w Szczecinie, w sadzie, w którym pozwolił mi się rozbić właściciel. W tym sadzie młodzież organizowała grilla z alkoholem. Miałem na sobie koszulkę z napisem „Urząd Pocztowy Poznań – Poczta Polska”. Młodzi mężczyźni stwierdzili, że nie lubią poznaniaków, bo to kibice Lecha Poznań. Powiedziałem im, że przepraszam, zabieram namiot i odjeżdżam. Sprzeciwił się jednak właściciel sadu. Wyjaśnił chłopakom, że jestem jego gościem i mają dać mi spokój. Przyznam, że zasypiałem pełen obaw. Rano okazało się, że chłopacy czuwali przed namiotem, a przed odjazdem przynieśli mi jeszcze jedzenie.

Po drodze trafiłem też na pielgrzymkę. Jej uczestnicy odprawili w mojej intencji mszę i przekazali mi pamiątkową chustę. Spotkało mnie wiele życzliwości.

Troki na Litwie
Fot. archiwum Jacka Guta

Jak wyglądał przeciętny dzień podczas tego rajdu?

Wstawałem około 4–5 rano, zwijałem namiot, piłem ciepłą herbatę – butlę gazową i garnek woziłem w sakwie. Przygotowywałem posiłek z tego, czym w danej chwili dysponowałem, i ruszałem w drogę. Każdy etap podzieliłem na części tak, aby w połowie dnia osiągnąć połowę przewidzianego dystansu dziennego. Około godziny dwudziestej pierwszej szukałem miejsca na nocleg. Tam, gdzie kończyłem trasę, nie czekały na mnie żaden prysznic ani odnowa biologiczna. Piekielnie zmęczony musiałem jeszcze rozłożyć namiot i zjeść posiłek. Serwis sprzętu ograniczał się do smarowania łańcucha masłem – o ile akurat je miałem. Nie wziąłem smartfona, korzystałem z analogowej kartografii. W czasie jazdy często rozmawiałem sam ze sobą.

Nigdy nie miałem wygórowanych ani materialnych marzeń. Zawsze byłem inny, miałem inne plany i inne spojrzenie na świat. Odmienność pozwoliła mi sięgnąć po coś nieuchwytnego, nienamacalnego, ale bardzo dla mnie cennego. Coś, co brzmiało nierealnie, stało się faktem. Zrobiłem to, o czym marzyłem od dawna. I to w wieku 41 lat! Dlatego bez względu na wiek nie bójmy się sięgać po marzenia.

Wyprawa była wstępem do innych kolarskich wyzwań?

W trakcie wyprawy spałem na Mazurach, słońce pięknie zachodziło. Pomyślałem sobie, że Polska jest wspaniała i może warto pojeździć na rowerze gdzieś dalej, a nie tylko w okolicach rodzinnego Poznania. Tak narodził się pomysł na rajdy rodzinne po Polsce i za granicą. Od 2006 roku organizuję takie rajdy – raz w roku po Polsce, zawsze w innym regionie, na tydzień. Jadą z nami całe pocztowe rodziny, ale też pojedyncze osoby. Jeżdżą nawet osoby niewidome – z przewodnikiem w tandemie. A co dwa lata wybieramy się za granicę. Mogłoby być więcej rajdów, ale finanse na to nie pozwalają.

Podczas wypraw po Polsce staramy się odwiedzać parki narodowe. Dbamy, by jednego dnia przesiąść się z rowerów na kajaki, ale tylko pod warunkiem, że rzeka jest bezpieczna – bez kaskad, wartkich nurtów – bo jeżdżą z nami też dzieci, osoby niepełnosprawne i niewidome. Zabiegam zawsze w Poczcie Polskiej, by przekazano nam identyczne koszulki. Dzięki temu jest bezpieczniej, bo wyglądamy na zorganizowaną grupę.

Po wyprawie dookoła Polski stałem się też działaczem klubu Pocztowiec Poznań. Choć klubu już nie ma, moje serce bije dla niego cały czas. Prowadziłem tam koło turystyki rowerowej. Kiedy w 2012 roku klub zlikwidowano, zostałem członkiem Komitetu ds. Sportu i Turystyki Poczty Polskiej. Promowałem wyprawy rowerowe, turystykę, sport i rekreację. Wszystko to robiłem jako wolontariusz – dla idei i dla innych. Na wszystkie krajowe rajdy, eskapady i wyprawy zawsze wkładałem koszulkę z logotypem Poczty Polskiej, a w przygodach zagranicznych były to barwy narodowe.

Co daje panu aktywność fizyczna?

Radość, pogodę ducha, wewnętrzny spokój i optymizm. Absolutnie nie czuję, że mam tyle lat, ile mam. Widzę kolegów, którzy funkcjonują w trójkącie praca–zakupy–dom. Dostrzegam różnicę między nami, choć są to moi rówieśnicy.

Z najmłodszym synem na Bałkanach
Fot. archiwum Jacka Guta

Ma pan jakieś sportowe wzorce?

Jedną z takich ikon jest Ryszard Szurkowski. Stanowi dla mnie wzór, bo dzisiejsze kolarstwo to trochę szachy, triumf teamu. Kiedy wygrywał pan Ryszard, liczyła się siła jednostki. I on ma w sobie tę siłę.

Drugi autorytet to Henryk Sytner – dziennikarz radiowej „Trójki”, promotor sportu i turystyki. Pan Henryk każdego roku organizował dla młodzieży akcję „Wakacje na dwóch kółkach”, w czasie której namawiał do wycieczek rowerowych i nadsyłania wspomnień z tych wypraw po Polsce. Najlepsze prace były nagradzane – pan Henryk jechał ze zwycięzcami w ciekawe miejsca za granicą. Zorganizował około 50 edycji tej akcji. Jest moim idolem, bo zdobywa środki, koszulki. Ja też staram się zabiegać o wsparcie naszych rajdów.

Wyobraża pan sobie życie bez roweru?

Absolutnie nie! Nawet przygotowując się do wyjazdu na wakacje, biorę pod uwagę to, by do autobusu czy pociągu można było zabrać rower. Nie wyobrażam sobie urlopu z ciągłym plażowaniem i chodzeniem na lody. Moi rodzice stale mnie pytają, kiedy zabiorę rodzinę na normalne wakacje. Ale dla mnie normalne wakacje to właśnie wakacje na rowerze. Mam trójkę dzieci i one też lubią tę aktywność. Krąg znajomych śmieje się, że jestem „skażony cyklozą”. Ta „infekcja” trwa 38 lat.

Zachód słońca nad Bałtykiem
Fot. archiwum Jacka Guta

Tych dyscyplin jest naprawdę dużo: myślistwo, strzelectwo, łucznictwo, narciarstwo, żeglarstwo, spływy kajakowe, rajdy motocyklowe

Rozmowa z Lechem Skowronem, dyrektorem Biura Kontroli i Zarządzania Bezpieczeństwem (60+)

Fot. archiwum Lecha Skowrona

Od dawna pracuje pan w Poczcie Polskiej?

Od 1998 roku. W tym czasie miałem dwie przerwy na działalność samorządową: kiedy zostałem wybrany na burmistrza Wilanowa i w kolejnych latach, kiedy pełniłem funkcję wiceburmistrza Ursynowa. Po zakończonych kadencjach wróciłem do pracy w Poczcie Polskiej. Lubię swoją pracę, Poczta Polska od samego początku bardzo mnie fascynowała. Pełniąc zaszczytną funkcję burmistrza, zawsze powtarzałem: „Gdy skończy się kadencja, wracam na Pocztę, bo mam tam wiele ważnych rzeczy do zrobienia”.

Kiedy w pańskim życiu pojawił się sport?

Sportem, który uprawiałem od najmłodszych lat, była jazda konna. To u nas rodzinna tradycja. Ojciec za młodu miał wierzchowca, którego dostał od dziadka. Dziadek był dzierżawcą majątku w Raciborowicach pod Krakowem i tata jako mały chłopak zaraził się konną pasją – tę tradycję przekazał swoim synom i wnukom. Konno jeździłem więc od dziecka, a wszystko dzięki mojemu ojcu i jego fascynacji polską kawalerią.

Tata kupił przedwojenne siodło kawaleryjskie, zbudował w ogrodzie naszego domu drewnianą makietę wierzchowca, którego nazwaliśmy „Trojański”. Na nim na sucho ćwiczyliśmy elementy jazdy konnej oraz władania szablą i lancą z konia, a jednocześnie trenowałem w szkółce jeździeckiej warszawskiej Legii. Następnie tata kupił sportowego wierzchowca, którego – dzięki temu, że mieszkamy pod Warszawą i mieliśmy odpowiednie warunki – trzymaliśmy w przydomowej stajni. Regularnie trenowałem ujeżdżanie i skoki, dużo jeździłem w terenie. Brałem też udział w zawodach w skokach przez przeszkody i konnych rajdach. Potem doszedł kolejny koń, który służył mi przez wiele lat i doczekał sędziwej emerytury w naszym letnisku na Warmii.

Pierwszą pracę po studiach znalazłem właśnie w stadninie koni w Kadynach nad Zalewem Wiślanym. Ukończyłem kurs instruktorski i pracowałem jako instruktor jazdy konnej, prowadząc naukę jazdy konnej, jazdy w terenie oraz dwu- lub trzydniowe rajdy konne w północnej Polsce.

Ale jazda konna nie była pana jedyną aktywnością w młodości?

Na studiach za namową kolegów zafascynowałem się wschodnimi sztukami walki. Przez kilka lat regularnie chodziłem na treningi karate szkoły Funakoshiego – shōtōkan. To bardzo przydało mi się w późniejszym życiu. Po studiach przymusowo zostałem wzięty do wojska. Gdy dowódca mojej kompanii dowiedział się, że trenowałem tę sztukę walki, mianował mnie instruktorem walki wręcz z elementami karate w jednostce wojskowej w Elblągu. Po ukończeniu Szkoły Oficerów Rezerwy, przebywając na praktyce dowódczej, uczyłem żołnierzy służby zasadniczej sztuk walki wręcz z elementami karate. Później moje upodobania sportowe się zmieniły i nie kontynuowałem tych treningów.

Co pojawiło się w zamian?

Tych dyscyplin jest naprawdę dużo: myślistwo, strzelectwo, łucznictwo, narciarstwo, żeglarstwo, spływy kajakowe, rajdy motocyklowe.

Ale zacznijmy od początku: tradycją w mojej rodzinie jest przede wszystkim myślistwo. Wiem, że obecnie nie ma ono dobrej prasy, zdaję sobie sprawę, że to trochę atawistyczna forma stylu życia, ale to też element naszej pięknej polskiej tradycji. Poluję regularnie, a także, wspólnie z braćmi, organizuję konne rajdy łowieckie. Przyczepą transportujemy konie do naszego obwodu łowieckiego, siodłamy i ruszamy w teren. Patrolujemy okolicę i obserwujemy zwierzęta, biwakujemy w lesie. Podczas takiego rajdu nie chodzi o to, żeby upolować zwierzę, lecz aby obcować z przyrodą i ją obserwować. Dziki zwierz nie boi się jeźdźca, nie ucieka, jest zainteresowany koniem. Wielokrotnie udało nam się oglądać piękne chmary jeleni.

Strzelectwo – wielka pasja Lecha Skowrona
Fot. archiwum Lecha Skowrona

To z tradycji myśliwskich wzięło się pańskie zainteresowanie strzelectwem?

Tak. Już w wieku licealnym strzelałem na strzelnicy zarówno z broni kulowej, jak i z dubeltówki – broni śrutowej. Na zawodach organizowanych przez koło łowieckie odnosiłem niemałe sukcesy. Udało mi się nawet zdobyć puchar w konkursie strzelectwa myśliwskiego. Mam uprawnienia sędziego i instruktora strzelectwa myśliwskiego. Umiejętności strzeleckie bardzo przydały mi się w wojsku. Gdy skończyłem edukację w Szkole Oficerów Rezerwy, gdzie byłem podchorążym, okazało się, że na tysiąc szkolących się wówczas żołnierzy byłem najlepszym strzelcem.

Wielokrotnie uczestniczyłem w mistrzostwach w strzelectwie sportowym z broni krótkiej i długiej organizowanych przez Bank Pocztowy dla pracowników Grupy Kapitałowej Poczty Polskiej. W tym roku niestety mistrzostwa odwołano z powodu pandemii.

Kiedy w pana życiu pojawiło się narciarstwo?

Do narciarstwa zjazdowego przekonałem się dopiero w wieku trzydziestu kilku lat. Wcześniej regularnie uprawiałem narciarstwo biegowe. Bardzo lubię zimowe wyprawy w knieje, a tam znakomicie można się przemieszczać na nartach. Na piechotę w ciągu dnia przy dużej pokrywie śnieżnej myśliwy pokonuje zaledwie kilka, kilkanaście kilometrów. Na nartach biegowych bez problemu można przejechać ponad 30 kilometrów, bo jeden krok liczy 2–3 metry przy dobrym odbiciu i pracy kijkami. Chociaż mam już swoje lata, bardzo lubię jeździć na biegówkach po lesie.

Młodzieńcze doświadczenia z narciarstwem zjazdowym miałem jednak nie najlepsze. W liceum pojechałem na dwutygodniowy wyjazd w góry. Narty miały ponad dwa metry długości, do tego bambusowe kijki i zwykłe zimowe buty, które przypinało się do nart. Nie było wyciągów, ratraków i jazda w kopnym śniegu stanowiła problem, bo trudno się skręcało. Uznałem wtedy, że to nie dla mnie. Dopiero wiele lat po studiach koledzy namówili mnie na wyjazd na narty. Dali mi współczesne buty skorupowe, przypięli na sztywno współczesne narty, które są dużo krótsze, i wyciągiem ruszyliśmy na górę. Już po 2–3 godzinach czułem się dość pewnie. Od tego czasu regularnie, w każde ferie zimowe, wybieram się na narty z żoną i dziećmi. Jeździmy głównie w polskich górach – mimo tłoku i kolejek staram się przynajmniej raz do roku tam pojechać. Poczta Polska organizuje mistrzostwa w narciarstwie zjazdowym, kilka razy brałem w nich udział. Wprawdzie nigdy nie zająłem czołowego miejsca, ale cieszę się, że mogłem w nich uczestniczyć. Pamiętam zawody w Zakopanem. W czołówce byli oczywiście listonosze z Podhala – wysportowani, świetnie jeżdżący na nartach. A my, pracownicy z Centrali, gdzieś daleko za nimi. Ale zabawa była znakomita.

Jakich sportów jeszcze pan próbował?

Studiując oceanografię, zajmowałem się także nurkowaniem. Nurkowaliśmy w celach naukowych, pobierając próby fito- i zoobentosu z dna Zatoki Gdańskiej. Sprzęt, którym wówczas dysponowaliśmy, pozostawiał wiele do życzenia: mieliśmy stare, pochodzące z lat 60. akwalungi, bez żadnych atestów. Było to w pewnym stopniu igranie z losem, ale nurkowaliśmy na płytkich wodach. W końcu doszliśmy do wniosku, że łatwiej nurkuje się z tak zwanym ABC, czyli maską, fajką i płetwami, bo do głębokości 4–5 metrów można zejść bez pomocy akwalungu.

Od wczesnej podstawówki trenowałem też pływanie. Podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim wystartowałem w zawodach pierwszych roczników i zająłem pierwsze miejsce w stylu klasycznym. Od razu zaproponowano mi uczestnictwo w sekcji pływackiej i przez dwa lata regularnie ćwiczyłem. Później przeniosłem się na oceanografię do Gdańska, gdzie dużo żeglowałem, a pływałem rzadziej. Jednak do dzisiaj bardzo lubię tę formę rekreacji. Na Warmii, dokąd często jeżdżę, mam ulubione jezioro Serwent, gdzie pływamy z dziećmi po kilkaset metrów, z jednego brzegu na drugi. Ja pełnię funkcję ratownika – płynę z ratunkową boją w stylu „Słoneczny patrol” – a wokół mnie płyną dzieci i wnuki. W razie potrzeby każdy może chwycić się bojki i odpocząć. Mniej lubię pływanie na basenie, ale w okresie zimowym nie ma innego wyjścia.

Żeglowanie było obecne w pana życiu chyba jeszcze przed studiami…

Tak, jeszcze w szkole podstawowej rodzice wysłali mnie na kurs żeglarski. Wyjechałem na cały miesiąc do Olsztyna i tam nad jeziorem Krzywe spaliśmy w namiotach i szkoliliśmy się. Zdałem egzamin i otrzymałem patent żeglarza. Zacząłem żeglować amatorsko, głównie wakacyjnie. Gdziekolwiek bywałem, wypożyczałem jacht i pływałem, ucząc też braci. Ta pasja została mi do dzisiaj. Nie mam zbyt dużo czasu, ale kilka razy w roku żegluję. Regularnie biorę udział w żeglarskich mistrzostwach Poczty Polskiej.

Na żaglach, jezioro Bełdany
Fot. archiwum Lecha Skowrona

Pańskie dzieci przejęły sportowe zainteresowania po tacie?

Jak najbardziej. Dzieci przejęły moje sportowe pasje, a także wzbogaciły je o tenis, taniec towarzyski, siatkówkę i inne aktywności. Mój najmłodszy syn wziął udział w rejsie, o którym sam w młodości mogłem tylko pomarzyć – popłynął Zawiszą Czarnym po norweskich fiordach. Coś wspaniałego, w końcu:

Pod żaglami „Zawiszy”
życie płynie jak w bajce,
czy to w sztormie, czy w ciszy…

Komitet ds. Sportu i Turystyki – w trosce o aktywność pracowników Poczty Polskiej

Komitet ds. Sportu i Turystyki został powołany w 2006 roku (zastąpił wcześniejszą Radę ds. Sportu i Turystyki) i działa pod patronatem Prezesa Poczty Polskiej S.A.

Główne zadania Komitetu to prowadzenie działalności sportowej i turystycznej oraz promowanie aktywności fizycznej zarówno wśród pracowników Grupy Kapitałowej Poczty Polskiej (należą do niej między innymi Bank Pocztowy, Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych czy Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie), jak i wśród ich rodzin. Spółki Grupy aktywnie włączają się w organizację imprez sportowych, w szczególności aktywny jest na tym polu Bank Pocztowy.

W imprezach sportowych przygotowywanych przez Komitet każdego roku bierze udział około czterech tysięcy osób zatrudnionych na terenie całego kraju – są to pracownicy wszystkich szczebli, od listonoszy po dyrektorów.
Najważniejszym wydarzeniem są igrzyska letnie. Dużym zainteresowaniem cieszą się także igrzyska zimowe, mistrzostwa Polski w piłce nożnej (organizowane dwa razy w roku), międzynarodowe mistrzostwa GK w żeglarstwie turystycznym oraz bieg o puchar prezesa. Wśród pracowników bardzo popularne są również imprezy o charakterze turystyczno-rekreacyjnym, takie jak spływy kajakowe czy rajdy górskie.

Bieg Pocztyliona
Fot. archiwum Poczty Polskiej

Miłośnicy biegów zatrudnieni w Poczcie Polskiej mogą włączać się w działalność Pocztowej Grupy Biegowej „Sportowa Paczka”. Jest to wspólna inicjatywa pracowników Poczty Polskiej, którzy lubią sport, biorą udział w zawodach biegowych lub dopiero zaczynają swoją przygodę z bieganiem. Pocztowa Grupa Biegowa powstała w 2013 roku, należy do niej ponad 160 osób.

W 2018 roku Komitet ds. Sportu i Turystyki wraz z Pocztową Grupą Biegową zorganizowały jubileuszowy Bieg Pocztyliona upamiętniający stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę oraz 460. rocznicę założenia Poczty Polskiej.