„Bóg da dzień i Bóg da radę” – wszystkie swoje dzienniki zaczynam od tych słów

Rozmowa z Tadeuszem Mytnikiem, kolarzem, srebrnym medalistą olimpijskim z Montrealu (1976), dwukrotnym złotym (1973, 1975) i brązowym (1977) medalistą mistrzostw świata w jeździe drużynowej

Tadeusz Mytnik na starcie I etapu XXVII Wyścigu Pokoju w 1974 r. (z Jabłonny)
fot. PAP / Zbigniew Wdowiński

W ubiegłym roku skończył pan 70 lat. Gdyby mógł się pan cofnąć w czasie i udzielić rad samemu sobie w wieku 20 lat, to co by pan powiedział?

Odpowiedź jest prosta: trzeba żyć rozważnie. Istotne jest to, co się ze swoim życiem robi, jak się człowiek odżywia, czy jest aktywny. Nie ma co przesadzać z przyjemnościami i zabawą, bo to prędzej czy później przyniesie negatywne skutki. Mnie ukierunkował sport, całe moje życie jest z nim związane. Sport wymaga planowania i wieloletniego spojrzenia na swoje życie, na to, co będzie za 20, 30 czy 40 lat.

Czyli liczy się coś więcej niż to, co będzie jutro?

Tak. Miałem to zakodowane od dziecka i dzięki temu cieszę się bardzo dobrym zdrowiem. Mając 70 lat, wcale nie czuję się 70-latkiem. Mój organizm jest w idealnym stanie, dlatego wszystkim polecam, by dbali o siebie. Warto zastanowić się, co trzeba zrobić dziś, co jutro, bo to przełoży się na przyszłość.

Staram się uświadamiać to ludziom, także młodzieży. Mam masę spotkań w szkołach. Rozmawiam z nastolatkami i opowiadam im o swojej drodze. Mówię: „Zobaczcie, teraz jestem 70-latkiem i tak wyglądam. Zastanówcie się, jakie prowadziłem życie, jak funkcjonowałem, że jestem w takiej formie”.

Czy młodym ludziom trudno nawiązać kontakt z 70-letnim człowiekiem?

Ależ skąd! Jest wręcz odwrotnie. Dyrektorzy szkół też się tego obawiają, pytają, czy dam sobie radę. Ostatnio miałem spotkanie w szkole w Gdańsku, pani myślała, że będzie problem, a ja od razu porozumiałem się z młodzieżą. Opowiadałem o tym, co robiłem, mając kilkanaście lat – bo początki mojej kariery zawodowej sięgają właśnie lat szkolnych. Młodzi ludzie pytali mnie o masę spraw, i to zupełnie naturalnie, to nie były przygotowane wcześniej sztampowe pytania. Do tego staram się być z nimi na ty, bez żadnego „panie mistrzu” czy coś podobnego. Młodzież potrzebuje ludzi, którzy potrafią rozmawiać z nimi tym samym językiem – językiem serca. Nie trzeba niczego przed nimi udawać. Dzięki temu kupują człowieka takim, jaki jest, i się z nim utożsamiają.

Gdy pojawiam się w jakiejś miejscowości i ludzie się o tym dowiedzą, przyjeżdżają do kolejnego miasta nieopodal, żeby jeszcze raz się ze mną spotkać. Bywają zaskoczeni, że potrafię się z każdym porozumieć – czy to z młodzieżą, czy z seniorami. Myślę, że zwłaszcza tym drugim wiele dają spotkania ze mną. Dziękuję często Opatrzności Boskiej, bo o niej nie sposób zapomnieć. Miałem przecież w swoim życiu momenty na granicy śmierci i życia.

A jak wspomina pan dzieciństwo?

We mnie płynie góralska krew. Ojciec pochodzi z tamtych stron, cały Kraków zamieszkują nasze rodziny. Ojciec wspaniale grał, w sumie na dziewięciu instrumentach, miał swój zespół. Niesamowity człowiek! Pracował jako strażak, przez 25 lat był komendantem straży pożarnej. „Pamiętaj, że życie nie kończy się dzisiaj” – mówił mi. „Gdy kładziesz się spać, pomódl się o to, byś obudził się następnego dnia”.

Gdyśmy byli jeszcze małymi dzieciakami, ojciec pracował w cukrowni w Pastuchowie. Był szefem działu produkcyjnego, miał masę obowiązków. Ale zawsze mówił tak: „Bóg da dzień i Bóg da radę”. Ja, facet 70-letni, do dziś wszystkie swoje dzienniki zaczynam od tych słów. To naprawdę daje nadzieję i otuchę. Kłopotów jest bez liku, ale nie ma się czym przejmować, wystarczy znaleźć złoty środek. Podobnie zresztą jest w kolarstwie – trzeba umieć współpracować z innymi, bo tylko to może przynieść zwycięstwo.

Skoro ojciec był multiinstrumentalistą, to nie miał ambicji, by również pan został muzykiem?

W rodzinie tylko brat Stanisław został muzykiem. Skończył szkołę muzyczną, grał na akordeonie. Jeszcze młodszy z braci grał na akordeonie. Mnie ojciec do perkusji czasami zaganiał i nawet coś pamiętam z tych lat, ale bardziej interesował mnie sport.

A dlaczego właśnie sport?

Jednym z moich idoli był, zresztą żyjący jeszcze, Józef Beker – olimpijczyk z Tokio, wspaniały kolarz. Gdy po szkole podstawowej zacząłem uczęszczać do szkoły zawodowej w Świdnicy, stale wypatrywałem Bekera. W Świdnicy poznał swoją przyszłą żonę, dlatego często tam gościł. Nie mogłem jednak go dorwać. Wreszcie pewnego dnia go zauważyłem, pobiegłem pędem przez rynek, żeby go zaczepić. Co najciekawsze, również on do dziś pamięta tę sytuację. Podszedłem do Bekera, ukłoniłem się, mówię: „Dzień dobry. Proszę pana, co zrobić, żeby zostać takim sportowcem jak pan?”. Spojrzał na mnie, omiótł mnie wzorkiem. Ja taka chudzina byłem, a on wysoki chłop, ponad metr osiemdziesiąt. I mówi tak: „Synu, trzeba jeść, trzeba jeść!”. Po latach powiedział mi: „Tadeusz! Gdybym wiedział, że pobijesz moje wyniki, pobijesz mnie we wszystkim, to wtedy tak bym się do ciebie nie zwrócił”.

Drużyna Józefa Bekera przyjechała jako 11. w Tokio, a pan jest wicemistrzem olimpijskim.

Tak. A to nie wszystko – startowałem przecież w Wyścigu Pokoju, zdobywałem tytuły drużynowego mistrza świata. Dla mnie spotkanie z Józefem to moment przełomowy. Uczy, że trzeba czasem inaczej spojrzeć na czyjeś życie – na życie młodego człowieka, który nie bał się podejść i miał odwagę zapytać swojego mistrza, co ma robić.

A czy dostosował się pan do tej rady i zaczął więcej jeść?

Ja od zawsze mówiłem mamie, żeby przygotowywała mi większe porcje. Chciałem przytyć, byłem szczupłym chłopcem. Ale wagi nabierałem z wiekiem. Do tego pracowałem na wsi, bo mieliśmy małe gospodarstwo rolne. Trzeba było pracować, pozbierać płody rolne, żeby przetrwać zimę, takie były czasy. Ale miło to wspominam, to było piękne dzieciństwo. Miałem okazję wysłuchać historii ludzi z doświadczeniami życiowymi, którzy pamiętali jeszcze pierwszą i drugą wojnę. Mój dziadek służył w ułanach, wojny pamiętali i mama, i ojciec.

Dziadek ułan ukształtował pana jako człowieka?

Tak. Jeździłem do Lipnicy Murowanej, kąpałem się w rzece Uszew, tam spędziłem większość swojego dzieciństwa. Dziadek handlował końmi, pytałem go, skąd się na nich zna. Wyjaśniał mi: „Miałem swojego konika w wojsku, wiedziałem o nim wszystko, a on wiedział wszystko o mnie. Teraz jak spojrzę na konia, od razu wiem, czy jest wart swojej ceny, czy nie”. Dziadek stale miał kilka koni, wyprowadzał je, jeździł na nich. Od czasu do czasu sprzedał jednego czy dwa, ale zawsze miał ich bardzo dużo.

Wspominał też czasy, gdy służył w wojsku. Mówił: „Pamiętajcie, żołnierz ma charakter, żołnierz to odpowiedzialny człowiek”. Kiedy szedłem do wojska, do Marynarki Wojennej w Ustce, cieszyłem się, że zostałem powołany. Miałem w pamięci to, co mówił dziadek: kto jest w wojsku, ten pozna swój charakter, będzie lepszym człowiekiem. Dzisiaj to zatraciliśmy, daliśmy młodzieży dużo wolności i ona się zagubiła. Młodzież szuka siebie, ale nie może odnaleźć swojej prawdziwej drogi.

Kiedyś powiedział pan, że największą walkę w karierze toczył z sowieckimi kolarzami. Wspomniał pan, że nie było etapu, w którym byście się nie bili z reprezentantami ZSRS.

Tak, choć teraz, po latach, jesteśmy przyjaciółmi, spotykamy się. Ostatnio widziałem się z Zajcewem, jechał w Wyścigu Pokoju chyba w ’70 roku. Jak on się ucieszył, gdy mnie zobaczył! Wcześniej była między nami szarpanina, ale po każdym etapie w zasadzie się godziliśmy.

Z kolei z Awierinem wpadliście obaj do rowu!

Nie tylko z nim, także z Gusiatnikowem, z Pikkuusem. Byłem niebezpiecznym zawodnikiem, stwarzałem zagrożenie na każdym etapie. To dlatego Ryszard Szurkowski, gdy wygrał po raz czwarty Wyścig Pokoju, powiedział: „Proszę iść rozmawiać z Tadeuszem Mytnikiem, bo ja tego wyścigu nie wygrałem. On go wygrał”. Bo to ja wykonałem za Ryśka najważniejszą robotę.

Wielokrotnie otwierał pan drogę Szurkowskiemu.

Tak. Gdy zorientowałem się, że przegra Wyścig Pokoju, zostałem i ciągnąłem go. Był wtedy trzeci. Dopadłem do kolarzy Związku Sowieckiego, Niemiec i Czech, bo taka poszła ucieczka, my praktycznie nie istnieliśmy na tym etapie. Pamiętam, że spadł śnieg, a etap szedł przez Štrbské Pleso. Ryszard troszeczkę osłabł, nawet mistrzowi się to zdarza, ale potrafił się odnaleźć. Zostałem z nim, on mnie pyta: „To co robimy?”. „Ja wszystko zrobię” – mówię. „Licz słupki, dogonimy ich. Nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Kiedy ich dopadliśmy – a było niedaleko do mety, 8 czy 10 kilometrów – wpadłem rozjuszony, wszyscy się wystraszyli, bo zobaczyli Mytnika.

Co ciekawe, rywale po latach mnie lubią. Gdy się spotykamy, pewne rzeczy chcą odwrócić, za coś przeprosić, przekonują mnie: „Tadeusz, wcale tak nie było”. Odpowiadam im: „Oczywiście, że było, przecież nigdy nie robiłem tego złośliwie, tylko czasem trzeba było was poskromić”.

W każdym razie na tamtym etapie to ja zadecydowałem o wszystkim. Każdy potem mówił: „Mytnik tutaj rządzi, przyjechał, wpadł jak sęp”. Miałem dyktat, wiedziałem, co zrobić. A jeszcze przyciągnąłem świętej pamięci Władka Morawca, bo on też odpalił od grupy. Pytam Ryśka, czy go zabrać, on potwierdza, więc pojechaliśmy we trójkę. Podprowadziłem Ryszarda, dojechał jako trzeci i obronił żółtą koszulkę. Wjechał do Polski i tak wygrał kolejny Wyścig Pokoju.

Czy nie zżymał się pan na to, że pomaga innym, zamiast finiszować w spektakularny sposób, stawać w świetle jupiterów?

Są różne układy. Kiedy Szozda wygrywał Wyścig Pokoju, byłem liderem przez 11 etapów. Ale przyszła decyzja z urzędu, Stanisław Gucwa był wtedy marszałkiem. Zostałem poproszony do pokoju trenera, ten mówi: „Słuchaj, musisz się poddać”. A miałem pewne zwycięstwo w tamtym Wyścigu Pokoju, to był ’74 rok. „Ty jesteś MON-owiec, a pozostali są z LZS-u. Przyszła decyzja, że musi wygrać ktoś od nich”. Gucwa był z ZSL-u, a ja reprezentowałem MON. Musiałem poddać się na jednym z etapów. Pamiętam, że wszyscy przeciwnicy pytali mnie, dlaczego jestem tak pasywny, że nie gonię Szozdy, przecież tracę pozycję lidera. Nie chciałem wyjaśniać, że to wynik układów. Stasio wygrał tamten wyścig, ja spadłem bodajże na piąte miejsce, a drużynowo zwyciężyliśmy.

Tadeusz Mytnik na trasie XXVIII Wyścigu Pokoju w 1975 r.
Fot. PAP / Stanisław Dąbrowiecki

Czy ciężko pan to znosił?

Oczywiście, dla mnie to był duży ból. Gdy później spotkałem się z Szozdą, powiedziałem mu: „Stachu, powiem ci szczerze, że mnie to trochę gryzie. Przecież mogłem wygrać tamten Wyścig Pokoju, nikt by mnie już nie dogonił, nikt by mnie nie atakował. I wiesz – mówię mu, dobrze pamiętam te słowa – gdyby teraz to się wydarzyło, tobym się nie poddał”.

Nie posłuchałby pan odgórnych nakazów?

Nie, nie posłuchałbym. Niebawem nadarzyła się okazja, mogłem wygrać Wyścig Pokoju w ’77 roku. Sprzyjały mi okoliczności, ale nie wszyscy w zespole trafili z formą. W rezultacie zająłem trzecie miejsce, przegrywając z Pikkuusem. Był jeszcze drugi kolarz Związku Sowieckiego, Władimir Osokin. Przegrałem z nimi, ale nawalczyłem się, żeby obronić trzecie miejsce. I tu widać solidarność. Gdybym nie był lubianym kolarzem, to zawodnicy z innej ekipy by nie pomagali. A pomagał mi Olaf Ludwig, Hans-Joachim Hartnick. Na jednym z etapów wywrócili mnie czescy kolarze, bo miałem dwadzieścia parę sekund przewagi nad Jiřím Škodą. Zauważył to Hartnick, a kolarze z DDR-u nie mieli już o co walczyć. Zostali, żeby mi pomóc, bo praktycznie nie miałem polskiego zespołu. Dociągnęli mnie do tego punktu, gdzie liczy się czas pierwszego kolarza. I uratowałem trzecie miejsce. Zresztą wiele razy w życiu otrzymywałem niespodziewaną pomoc – właśnie dzięki temu, że okazywałem ludziom serce, że nie patrzyłem tylko na czubek własnego nosa.

Przyjaźni się pan również z Mieczysławem Nowickim, z którym zrealizowaliście różne projekty, na przykład „Senior na rowerze”.

Tak, przyjaźnię się z Mietkiem, ale też z wieloma innymi zawodnikami – oczywiście z Ryszardem Szurkowskim, z Jankiem Brzeźnym, z chłopakami z Łodzi, z Dolnego Śląska, z Lublina. Trzymałem się również z nieżyjącym już Krzyśkiem Stecem, bardzo fajny chłopak, z Januszem Pożakiem, Jankiem Faltynem.

Jestem też, można powiedzieć, szefem rodziny kolarskiej w Polsce. Swego czasu zaszła potrzeba, żeby oddelegować kogoś, kto by występował w imieniu kolarzy – zgłaszano bowiem różne uwagi wobec dziennikarzy, sędziów – i wybrano właśnie mnie, bym zajął się tymi sprawami. Dotąd praktycznie nikt mnie nie zdetronizował. Ilekroć kogoś spotkam, to słyszę: „Witamy prezesa urzędującego na szosie”. A to przecież już przeszłość, dziś już tylko turystycznie sobie jeżdżę, co zresztą wszystkim polecam.

Co daje jazda na rowerze?

Rower jest jak rozrusznik w samochodzie. Pozwala zobaczyć, jakie są defekty w organizmie. Na jazdę na rowerze namówiłem między innymi mojego lekarza. Pewnego dnia zasłabł, ale już na terenie szpitala, do którego dojeżdżał rowerem. Wyszło na jaw, że miał chorobę wieńcową, i można było w porę przeciwdziałać. Do dziś, gdy tylko wspomina ten moment, mówi mi: „Tadek, to dzięki tobie, dzięki rowerowi. Gdybym tylko chodził, mogłoby być różnie”.

Skąd się wziął pomysł na akcję „Senior na rowerze” i na czym ona polegała?

To był spontaniczny pomysł. Myślę, że wziął się z mojego optymistycznego podejścia do życia, z chęci zrobienia czegoś pożytecznego. Cofnę się w czasie 23 lata. Pamiętam, że była sobota, odwiedzałem znajomych wraz ze swoją świętej pamięci małżonką. Mówię do Janusza Pożaka: „Wiesz co, Janusz, jak byłem z żoną w Kozłówce, spodobała mi się taka fajna trasa na jedną rundkę. Słuchaj, może zrobilibyśmy coś tutaj? Wydrukujemy numery, ogłosimy na szybko, że Tadeusz Mytnik i Janusz Pożak zapraszają rodziny, będziemy z nimi jeździć po dwie czy trzy rundki, rozdamy nagrody” – bo Janusz miał hurtownię artykułów gospodarstwa domowego. Zgodził się, zaangażował swoich kolegów z Lubartowa. Narysowaliśmy trasę, roznieśliśmy ulotki po kawiarniach, żeby rozpromować imprezę. Proszę sobie wyobrazić, że to chwyciło! Sporo ludzi przyjechało, ze wszystkimi robiliśmy rundę czy dwie. Najeździłem się cały dzień, miałem dość, ale byłem przekonany, że zrobiłem dobrą robotę.

Po tylu latach ta impreza nadal się odbywa.

Tak. Dziś na Święto Roweru w Lubartowie przyjeżdża po 13 tysięcy ludzi. Osobiście byłem tam trzy lata temu, zaproszono mnie jako gościa honorowego. Gospodarze oznajmili, że przyjechał człowiek, który dał tej inicjatywie zielone światło, który wszystko zapoczątkował. Było mi bardzo miło.

Jest też inna impreza w moich rodzinnych Nowicach na Dolnym Śląsku, nazywa się „Szukamy Talentów Olimpijskich Tadeusza Mytnika”. To też się wzięło z niczego. Sam startuję, pokazuję, że nawet jako starszy pan mogę jeździć na rowerze. To są wspaniałe wyścigi dla dzieci i młodzieży, przyjeżdża ponad 300 dzieciaków. Raduje mnie, że moja miejscowość jest aktywna i organizuje imprezę na moją cześć. Dzięki niej całą wioskę odnowili, są nowe ogrodzenia, nowy asfalt. Niby mała wioska, a wygląda jak miasteczko.

Czy często pojawia się pan na takich imprezach?

Tak. Znam Piotra Muszyńskiego, który organizuje spotkania z gwiazdami sportu. Z niego jest showman, ale ja też umiem prowadzić rozmowę, odpowiadam na wiele pytań, opowiadam ciekawostki, mam ich cały wór. Może przytoczę kilka.

Byliśmy z Leszkiem Piaseckim we Włoszech, zaproszono nas na wyścig Trofeo Baracchi z zawodowcami. To wymagająca impreza, odbywa się późną jesienią. Padał deszcz ze śniegiem, było bardzo zimno. Jechaliśmy nieźle, zajęliśmy trzecie albo piąte miejsce, już nie pamiętam, wygrał chyba Tony Rominger. Na drugi dzień, gdy wstaliśmy, mówię do Leszka: „Wiesz co, pojedźmy do sklepu, do mojego przyjaciela”. Bo ja przez wiele lat przyjeżdżałem do Almy albo do Bergamo i mieszkałem u Augusto. Bardzo przyjazny facet. Przeżył wojnę, Polacy go uratowali, ukrywali go w kopcu koło Olsztyna czy Białegostoku. Poprzysiągł sobie, że jeśli kiedykolwiek zawitają do niego Polacy – bo Augusto prowadził hotel, restaurację i właśnie sklep rowerowy – to będą mieć u niego wszystko. Poszliśmy do niego z Piaseckim, kupiłem mu rękawiczki z barwami mistrza świata i mówię tak: „Leszek, teraz ci powiem, dlaczego cię tu przyprowadziłem. W przyszłym roku będziesz mistrzem świata. Koszulkę zdobędziesz, a rękawice właśnie ci sprezentowałem”. Proszę sobie wyobrazić, że tak właśnie się stało! Po latach Leszek opowiada tę anegdotę, zresztą do dziś ma te rękawiczki i koszulkę mistrza świata. Gdy jechaliśmy w tamtym wyścigu, wyczułem, że tak będzie. Leszek mi nie wierzył, potem się zarzekał: „Tadek, pół nocy nie spałem przez to, coś mi nagadał, że w przyszłym roku zostanę mistrzem świata”.

Dobrze też pamiętam swoje spotkanie w Kołobrzegu parę lat temu. Piotr Muszyński zaprosił mnie na chwilę, bo przygotował trasę dla dzieci. Mówię mu: „Słuchaj, dajmy tu ławki, zrobimy na boisku przeszkody dla dzieciaków”. Spodobało się to ludziom, mnóstwo osób przyszło. Wyjaśniłem przez mikrofon, co i jak, z każdym się przejechałem, wsiadałem nawet na małe rowerki. Był też Władek Kozakiewicz, i chyba Supron, ale to ja przyciągnąłem najwięcej osób. Kiedy jedliśmy kolację w hotelu, Piotr zaproponował: „Tadek, a ty byś nie chciał, żebyśmy zrobili coś razem dla ludzi?”. Zgodziłem się, co roku odbywa się ta impreza. Mnóstwo osób tam przyjeżdża, po 100, 200, 250 osób na jeden rajd. Najmłodsza dziewczynka miała cztery latka, a przejechała 4-kilometrową trasę! Jechała z rodzicami, nie zsiadła z rowerka ani na chwilę. Z wnuczkami przybył też starszy pan, miał chyba 88 lat, a był w doskonałej formie. Powiedział mi: „Panie Tadeuszu, jak usłyszałem, że pan będzie, to nie mogłem nie przyjechać. Rower wyszykowany, wypucowany, wnuczki namówiłem”. Dzięki takim przedsięwzięciom inni mogą zobaczyć, że są tacy ludzie jak my, którzy nie siedzą w bamboszach, tylko są aktywni.

2017 r., Pruszków. Prezentacja trasy 74. Tour de Pologne, wyścig byłych gwiazd kolarstwa: Tadeusz Mytnik (z prawej) i Lech Piasecki
fot. Tomasz Jastrzębowski / Foto Olimpik / NEWSPIX.PL

Starsi ludzie mają rozmaite obawy związane z rowerem. Przede wszystkim boją się upadku, bo poczucie równowagi nie jest już takie jak kiedyś. Jak pan odpowiada na takie wątpliwości?

Mówię na przykład tak: „Nie musi pan jechać z Gdyni do Wejherowa. Niech pan sobie założy, że jedzie w jedną stronę pół godziny i wraca pół godziny. Nawet na takim odcinku niech pan się napije, coś zje”. Zawsze też bezpiecznie obniżyć siodełko, żeby w razie czego móc się podeprzeć nogami. A jeśli ktoś nadal się boi, to niech zdecyduje się na wyjazd w grupie, w dwie, trzy lub cztery osoby.

A co z ochraniaczami, kaskiem?

Kask oczywiście jest obowiązkowy, natomiast nie trzeba żadnych ochraniaczy na kolana, bo to jedynie przeszkadza, kolana przecież pracują. Warto założyć strój sportowy, nie wstydzić się. Ludzie potem mówią: „Ten Mytnik miał rację, że trzeba ubrać się po sportowemu. W końcu sport jest piękny i daje tyle radości”. Ja niesamowicie się cieszę, gdy widzę tylu aktywnych ludzi. Wciągnąłem w sport naprawdę wiele osób. Mam gros lekarzy, którzy kiedyś się mną opiekowali jako sportowcem, a dziś sami jeżdżą na rowerach. W swojej parafii mam nawet księży, którzy jeżdżą, pytają mnie, co wolno, a czego unikać. Potem opowiadają: „Panie Tadku, czuję się doskonale. Jestem innym człowiekiem”. Znam lekarzy różnej profesji, którzy mówią: „Słuchaj, teraz jest całkiem inaczej, czuję się lekki, przestałem jeździć windą w szpitalu, tylko po schodach chodzę”. Takie historie utwierdzają mnie w tym, że można dać impuls do zmiany.

Człowiek z taką siłą przekonywania jak pan musiał lubić sprzedawać rowery. Kiedy zajął się pan prowadzeniem sklepu?

Założyłem go w Gdyni w ’76 roku, to był pierwszy taki sklep w mieście. Borykaliśmy się z różnymi problemami, bo prywaciarka nie była wtedy taka łatwa jak dziś.

Nawet jak ktoś nazywał się Mytnik, to nie miał łatwego życia?

Oczywiście, że nie! Nie bardzo chcę wracać do tych dni, gdy panowie z urzędu organizowali łapanki z zaskoczenia. W każdym razie sklep prowadziłem prawie 40 lat, aż do momentu, kiedy moja żona zmarła, czyli do 2014 roku. Małżonka była motorem działania, prowadziła całą buchalterię, ja nie miałem na to czasu. Sprawdzałem się jako sprzedawca! Najpierw próbowałem lepiej poznać klienta – przyglądałem się sylwetce, patrzyłem na wzrost, na to, czy klient nie ma jakichś kłopotów ze zdrowiem. Byłem spostrzegawczy, tylko rzuciłem okiem i wiedziałem, co doradzić. Podpowiadałem: „Proszę pana, a może by pan zobaczył ten rower? Niech się pan przejedzie, wszystko zaraz panu przygotuję”. Ciach, ciach, ciach, bo dla mnie to żaden problem. Przygotowywałem rowery jak dla siebie. Potem słyszałem: „Ma pan rację, panie Tadeuszu, to jest rower dla mnie”. Do dzisiaj ludzie w Trójmieście rozpoznają mnie na ulicy, i nie tylko tutejsi, ale też warszawiacy. U nas sporo jest turystów z Warszawy, cała stolica przyjeżdżała do mnie na serwis. Nie robili go w Warszawie, bo było drogo, przyjeżdżali tutaj.

Czy to, że kupują rower od wicemistrza olimpijskiego, miało dla nich znaczenie?

Tak. Miałem specjalne mazaki, którymi podpisywałem rowery. Niesamowita historia przydarzyła mi się w tym roku. W Gdańsku organizowana była wystawa rowerowa, bo zbieraliśmy pieniądze dla Ryszarda Szurkowskiego. Byli też Heniek Charucki i Leszek Piasecki. Opowiadaliśmy ciekawostki, ludzie słuchali. Widzę, że jeden z panów jakby się niecierpliwi. Pytam go: „Czy pan na kogoś czeka?”. On na to: „Proszę pana, a mogę pana prosić na chwilę? Niech pan ze mną pójdzie”. Udałem się z nim, a on pokazuje rower, który kupił u mnie ze 30 lat wcześniej, widać na nim życzenia i mój autograf. Mężczyzna wyjaśnia: „Panie Tadeuszu, jak tylko dowiedziałem się, że pan przyjeżdża, chwyciłem rower i od razu przyjechałem. Już dziś na nim nie jeżdżę, bo się boję, żeby ktoś mi go nie ukradł albo coś. Gdy go kupowałem, byłem młodym chłopcem, a pan napisał mi takie ładne życzenia i złożył autograf”.

Albo inna sytuacja: w Warszawie organizowane są Pikniki Olimpijskie, podchodzi do mnie człowiek i mówi: „Panie Tadeuszu, jak ja żałuję, że pan już nie prowadzi serwisu. Pan zawsze tak przygotowywał mi rower, że miałem na nim więcej siły”. A ja po prostu zawsze przygotowywałem je tak, jakbym robił je dla siebie.

Próbował pan policzyć, ile sprzedał pan w życiu rowerów? W ciągu 40 lat to muszą być dziesiątki tysięcy sztuk.

Trochę tych rowerów poszło w świat. Ludzie kupowali rowery turystyczne, damki, męskie. Sam też je produkowałem – robiłem turystyczne rowery trzybiegowe. Sprowadzałem z Niemiec części Sachs, trzybiegowe i pięciobiegowe. To było zaskoczenie, że rower ma w środku trzy biegi i hamulec do tyłu, czyli nie wolnobieżka. Do dziś można je spotkać, widnieje na nich napis Mytnik opatrzony barwami mistrza świata, wypisane są też wyniki mistrzostw świata i zwycięstwa.

Na początku rozmowy wspomniał pan, że przydarzył się panu wypadek, który na wiele miesięcy wyeliminował pana z wyścigów. Jak do niego doszło?

Miałem bardzo ciężki wypadek w Rybniku podczas Tour de Pologne. Bardzo źle to wyglądało. Rano wygrałem czasówkę, pokonałem wszystkich Francuzów. Francuzi, jak mnie zobaczyli, mówili, że wyglądam jak Anquetil, znany w ich kraju kolarz. Po czasówce pojechaliśmy właśnie do Rybnika, no i stało się to, co się stało.

Jak do tego doszło?

Na trasę wyskoczył kibic i uderzyłem w niego. Zdarzyło się to dosłownie na samej mecie, wyglądało bardzo groźnie. Obudziłem się dopiero po tygodniu. Całe szczęście, że z trasy zabrał mnie lekarz, który na co dzień pracuje z żużlowcami. On znał tego rodzaju urazy, wiedział, co ze mną zrobić. Dzięki temu do dziś dobrze funkcjonuję.

Nie tak dawno temu również Ryszard Szurkowski uległ poważnemu wypadkowi.

Tak, to było ponad dwa lata temu, 10 czerwca 2018 roku, podczas wyścigu w Kolonii. Ryszard proponował mi ten wyjazd, gdy widzieliśmy się w hotelu w Łodzi, ale nie byłem skory jechać do Niemiec. Był z nami Mietek Nowicki. W pewnym momencie Ryszard rzucił pomysł: „Toniek – bo ja mam przydomek Toni, a na Ryśka mówimy Bibi – gdzie jest Mietek? Zróbmy sobie zdjęcie we trójkę”. My dwaj byliśmy po urazach kręgosłupa, jedynie Rysiek nie. Znaleźliśmy Mietka, zrobiliśmy zdjęcie – ostatnie zdjęcie, gdyśmy stali we trójkę. Pamiętam, że Rysiek mi obiecał: „Słuchaj, Toniek, to ja do ciebie przyjeżdżam 6 lipca na twój wyścig w Nowicach”. Pożegnaliśmy się i pojechał.

Kiedy dowiedział się pan, co się wydarzyło?

Długo o niczym nie wiedziałem. Gdy zbliżała się impreza w moich rodzinnych Nowicach, zacząłem wydzwaniać do Ryśka. Dzwonię raz, drugi, trzeci – i nic, nie odbiera. W końcu zatelefonowałem do Mietka Nowickiego, ten mówi, że nic nie wie. A Mietek jest łącznikiem między nami, on wiele rzeczy wie. To dalej dzwonię – do Heńka Charuckiego, a on mówi, że Rysiek jest w Stanach. W międzyczasie był ślub Heńka, mnóstwo kolarzy się zjechało – Faltyn, Brzeźny, Walczak, cała nasza grupa. Robimy zdjęcie, stał też baner z napisem „Pozdrowienia dla Ryszarda Szurkowskiego”. Coś mnie tknęło, ale w dalszym ciągu nic nie wiedziałem. Wyścig w Nowicach odbył się w lipcu, musiałem przeprosić ludzi, że Ryszard nie dojechał. Obiecywałem, że na pewno pojawi się za rok.

Na początku sierpnia był memoriał Henryka Łasaka w Suchej Beskidzkiej. W pewnym momencie Mietek Nowicki podchodzi do mnie i mówi: „Toniek, nie stój, tylko usiądź”. Ja się oburzam: „Co ty ze mnie robisz jakiegoś…?”. „Posłuchaj mnie, usiądź!” I wtedy dopiero Mietek opowiedział mi całą historię. To właśnie Nowicki ściągnął Ryśka samolotem, bo on to jest matka Teresa z Kalkuty, zawsze ludziom pomaga, wspaniały człowiek. Gdy skończył opowiadać, nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Powtarzałem tylko w kółko, że to niemożliwe. Wypytywałem, czy będzie żył, Mietek mówi, że Rysiek jest w bardzo ciężkim stanie. Podjąłem decyzję, mówię: „To wiesz co, jedziemy do tego Konstancina”. Nie mogłem wytrzymać, jesteśmy przecież przyjaciółmi.

2015 r., Piknik Olimpijski w Warszawie. Przyjaciele i gwiazdy polskiego kolarstwa: od lewej Tadeusz Mytnik, Mieczysław Nowicki i Ryszard Szurkowski
Fot. Marek Biczyk / NEWSPIX.PL

Ciekawe, że tak długo udało się tę sprawę utrzymać w tajemnicy.

Dopiero na miejscu dowiedziałem się, czemu tak było. Gdy przyjechaliśmy do szpitala, Mietek mówi do mnie: „Idź do sali numer 4, tam jest Rysiek”. Wchodzę, widzę, że leży młody chłopak. „Dzień dobry. A pana kolegi nie ma?” – pytam. Odpowiada, że wzięli go na badania. Wychodzę, bo co będę w pokoju czekał? Stanąłem obok windy, widzę, że wiozą kogoś na wózku – człowiek cały pozawijany, ale nie zwracam uwagi, przecież nie będę patrzył na czyjeś nieszczęście. Gdybym stał centralnie przed pokojem, wiedziałbym, że to Ryśka wieźli. A tak wychodzi Mietek, mówi do mnie: „A co ty tutaj robisz?”. Wyjaśniam, że byłem w pokoju i że Ryśka nie ma. „No jak nie ma go, co ty gadasz?”

Wchodzimy do sali, widzę, że zapięli go w pasy, jakby w koszu siedział, tak jak wyciąga się silnik z samochodu. Przenoszą go na łóżko, pielęgniarka układa mu jedną rękę, drugą, potem nogę. Mietek mnie stuka, żebym nie płakał, a ja się strasznie wzruszyłem. Wreszcie go położyli, witam się z nim. On tylko patrzy, w końcu pyta: „Toniek, to ty?”. Ja mówię: „No tak, Bibciu, przyjechałem do ciebie, kochany”. Pamiętam, że próbował głowę odchylić, bo łzy mu poleciały. Pocałowałem go w czoło, usiedliśmy obok łóżka. Zasłoniliśmy okno, bo słońce mocno świeciło.

Zaczęliśmy powolutku gadać na różne tematy. W końcu pytam: „Dlaczego ty, Ryszard, się nie odzywałeś? Tyle telefonów, tyle SMS-ów do ciebie pisałem”. Wyjaśnił mi wtedy, dlaczego trzymali wszystko w tajemnicy. „Toniek, bo ja myślałem, że za tydzień–dwa będzie po wszystkim. Tak jak nieraz coś się nam przydarzyło, tośmy zaraz z powrotem myśleli o rowerze. A ja nie zdawałem sobie sprawy, że taki jestem trafiony, że mam uraz kręgosłupa, bezwład rąk i nóg. Dopiero później sobie to uprzytomniłem”. Rysiek poprosił o kontakt z Mietkiem, ten szybko pojechał do Ministerstwa Zdrowia, załatwił samolot, który poleciał po Ryśka. Od razu z lotniska przetransportowano go do Konstancina. Tak że dopiero wtedy w szpitalu wszystko mi opowiedział. Pamiętam, że męczył się od samego mówienia.

Akurat nastała pora obiadu. Pani, która przyniosła obiad do sali, zobaczyła, że jesteśmy przyjaciółmi. Mówi do mnie: „A to pan nakarmi pana Ryszarda”. Zdziwiłem się, ale Ryszard przytaknął: „Tak, Toniek będzie mnie karmił”. Obydwaj się wtedy najedliśmy. Jak małemu dziecku powolutku zupkę dawałem, żeby się nie zakrztusił, później drugie danie. Cieszył się jak dziecko, widziałem, że czuł wielki żal z tego powodu, że nie powiadomił nas w odpowiednim momencie. Pocieszałem go: „Nie przejmuj się. Pamiętasz, jak mnie odwiedziłeś? Ja też swoje przeszedłem, rękami nie ruszałem, walczyłem osiem miesięcy. Mietek leżał ponad dwa miesiące w szpitalu. Wyszliśmy z tego, to i ty dasz radę”.

Potem sobie wymyśliłem, że będę robił treningi za niego. Mówię Ryśkowi tak: „Wiesz co, Bibi. Ty teraz leniuchujesz, ja jestem jeszcze na dobrych obrotach, więc wydłużyłem sobie treningi i teraz ćwiczę za ciebie. Jak normalnie jechałbym 60 kilometrów, to teraz muszę przejechać 70”. Zaśmiał się, a ostatnio nawet powiedział: „Ty wiesz, że wewnętrznie czuję, jakbym mógł już z tobą jechać”. Może to się ziści niedługo.

Akurat trzy dni temu ponad godzinę gadaliśmy na różne tematy. Jak dzwonię, od razu jest inny. Chyba dzięki temu zapomina na chwilę, że jest tak poważnie kontuzjowany. Ale wierzę w niego. Mamy za sobą niejeden ciężki wyścig, czy to w Ameryce Południowej, na Kubie, czy we Francji. Nieraz byliśmy kompletnie ujechani, a on i tak potrafił zaatakować i odjechać. To niesamowicie mocny człowiek. Ktoś inny po takim urazie mógłby stracić wszelką nadzieję, a Rysiek zachowuje optymizm, chętnie rozmawia, odwiedzamy go z Mietkiem. Jest już po operacji ręki, ścięgna i nerwy ma poustawiane, może dotknąć twarzy ręką i obsługiwać joystick – dzięki niemu znacznie lepiej funkcjonuje.


Tadeusz Mytnik

ur. 13 sierpnia 1949 r. w Nowicach, kolarz szosowy i torowy, podoficer Marynarki Wojennej, srebrny medalista olimpijski, trzykrotny medalista szosowych mistrzostw świata, wielokrotny mistrz Polski, zwycięzca Tour de Pologne, specjalista w szosowej indywidualnej jeździe na czas. Po zakończeniu w 1988 r. czynnej kariery zawodniczej prowadził w Gdyni sklep rowerowy z serwisem oraz organizował wyścigi kolarskie. Prezes sekcji kolarskiej swojego macierzystego klubu WKS Flota Gdynia. Jest kawalerem Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski, Zasłużonym Mistrzem Sportu, odznaczanym sześciokrotnie złotym Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe oraz dwukrotnie srebrnym. 2 lipca 2017 r. został uhonorowany gwiazdą w Alei Gwiazd Sportu we Władysławowie.