Potrafiliśmy rozmawiać do czwartej rano – a potem wszyscy byli zmęczeni, bo przecież trzeba było wstać o siódmej

Rozmowa z Janem i Grzegorzem Rysiami, siatkarzami i trenerami

Nysa, kwiecień 1969 r. Tata Jan z synem Grzegorzem
Fot. archiwum rodzinne Jana i Grzegorza Rysiów

Jak wyglądały panów pierwsze doświadczenia siatkarskie?

Jan Ryś: Zaczęło się od tego, że w latach 50. rodzice przyjeżdżali w lipcu i sierpniu na hufce pracy, pomagali przy żniwach. Wieczorami grali w siatkówkę. Umieszczali w ziemi dwa słupki, rozwieszali sznurek i przebijali nad nim piłkę. My ich obserwowaliśmy, spodobało nam się to. Po żniwach, po powrocie do Frydrychowa, też zaczęliśmy tak grać, a że nie mieliśmy normalnej piłki, to zrobiliśmy sobie szmaciankę. Dopiero później, gdyśmy poszli do pracy w PGR-ze, udało się zarobić na piłkę, wtedy jeszcze sznurowaną. Graliśmy jeden rok, drugi i zdobywaliśmy doświadczenie, patrząc na grę rodziców. A później i oni brali nas do odbijania.

Zimą trzeba było coś robić, to siatkówka wypełniała nam czas. Stały u nas duże stodoły poniemieckie, więc zakładaliśmy sznurki – bo nie było siatki – i graliśmy w stodołach. Wewnątrz znajdowały się bele siana, skakaliśmy po nich – salto w tył, salto w przód. Wówczas to była dla nas zabawa, ale dzięki temu ćwiczyliśmy sprawność ogólną, tak potrzebną do siatkówki.

Kiedy pan poczuł, że siatkówka to będzie coś więcej niż zabawa?

JR: W 1956 roku przyjęto mnie do szkoły zawodowej w Nysie. Nauczyciel wychowania fizycznego, pan Jan Pudo, zauważył, że odbijam lepiej niż pozostali, i wziął mnie do swojego uczniowskiego klubu. To wtedy zaczęła się moja prawdziwa przygoda z siatkówką. Startowaliśmy nawet w mistrzostwach Polski juniorów, zajęliśmy drugie miejsce w województwie opolskim. Gdy ukończyłem nyską szkołę zawodową, dostrzegł mnie tamtejszy klub. Dostałem pracę w Zakładzie Urządzeń Przemysłowych i tak zostałem zawodnikiem Stali.

Fundamenty pod moją obecność w sporcie położył pan Zygmunt Krzyżanowski. Nigdy później nie spotkałem trenera, który tak jak on podchodziłby do zagadnień siatkówki. O ile Jurek Wagner był trenerem dbającym o dobre wyniki drużyny, o tyle pan Krzyżanowski uczył, jak należy grać – i to zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Bardzo mi żal, że tak mało mówi się dziś o Krzyżanowskim. Zrobił wiele dobrego dla polskiej siatkówki, podniósł jej poziom, był autorem znakomitych publikacji. Smutno mi, że trochę o nim się dziś zapomina.

Panie Grzegorzu, czy zazdrości pan ojcu takiego romantycznego rozpoczęcia przygody z siatkówką?

Grzegorz Ryś: To były inne czasy, zupełnie inne realia. A wiadomo, że jak w domu jest obecny sport, to bardzo często dzieci idą w tym samym kierunku. Choć gdy zdałem maturę, mama była przeciwna karierze sportowej. Widziała mnie raczej na politechnice, na studiach inżynierskich. Mnie to w ogóle nie interesowało i związałem się ze sportem na stałe. To był dla mnie naturalny wybór.

Ojciec imponował panu jako siatkarz?

GR: Jak miałem sześć czy siedem lat – tato grał wtedy w Unii Tarnów – chodziliśmy na jego mecze, wówczas drugoligowe. Ilekroć zawodnik zbił piłkę, rozlegały się oklaski, krzyki, widownia żywo reagowała na każdą udaną akcję. Podobało mi się to.

Grzegorz Ryś jako trener Lotosu Trefla Gdańsk
Fot. Wojciech Figurski / Newspix.pl

Siatkówka nie była jednak pana pierwszą dyscypliną?

GR: Tak. Gdy mieszkaliśmy w Tarnowie, chodziłem do szkoły sportowej o specjalności pływackiej. Trenowałem wyczynowo dwa razy dziennie – ósma rano, później po lekcjach, i tak przez cztery lata. To była ciężka praca, ale pozwoliła mi wyrobić sprawność i wytrzymałość, co przydało się później w siatkówce.

Na siatkówkę przerzuciłem się, mając 13 lat. Poszedłem do szkoły podstawowej przy liceum ogólnokształcącym, przy słynnym Carolinum w Nysie. Tam na lekcji WF-u prowadzącym był właśnie pan Jan Pudo. Gdy usłyszał moje nazwisko, spytał od razu: „Ty jesteś syn Jasia?”. Przytaknąłem, spytał, czy nie chciałbym chodzić na siatkówkę – bo prowadził wtedy sekcję i w klubie, i w szkole. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie, i tak to się zaczęło. Koledzy z grupy byli o rok starsi, więc z początku byłem w ogonie drużyny i bardziej im przeszkadzałem, niż pomagałem, ale za rok było już lepiej, a po 2–3 latach wkomponowałem się w zespół.

Można powiedzieć, że tymi dwiema decyzjami pan Pudo zrobił wiele dobrego dla polskiej siatkówki, ale też dla wielu innych krajów, w których panowie pracowali później jako trenerzy.

GR: Zgadza się, chociaż wtedy nikt nie myślał w takich kategoriach.

Czy zachęcał pan syna do tego, by poszedł w ślady ojca?

JR: Przyznam szczerze, że nie. Bardzo mało synowi pomagałem, ponieważ w latach 80. prowadziłem zespół Tarnovii Tarnów, a on uczęszczał do szkoły w Nysie.

Jak do tego doszło, że obydwaj panowie zostaliście później trenerami siatkówki?

JR: Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się kariery trenerskiej. Z zawodu byłem technikiem, moim przeznaczeniem miały być tokarki i inne maszyny, ich naprawa i oczywiście budowa. Na praktykach robiliśmy olbrzymie piece sadzowe, ślimaki do cukrowni i tak dalej.

To pan Krzyżanowski wpoił we mnie miłość do siatkówki. Później zauważył mnie Jurek Wagner. Dostał od kogoś cynk, że jest taki człowiek, Ryś, ćwiczy z Krzyżanowskim prawie sześć lat, a dziewczęcy zespół Tarnovii Tarnów wprowadził do drugiej ligi. Złapałem bakcyla i związałem się z pracą trenerską na stałe. Natomiast u Grzesia było nieco inaczej.

GR: To długa historia. Po raz pierwszy tato zabrał mnie na zgrupowanie reprezentacji w 1983 roku, do Obornik Śląskich. Zespół przygotowywał się do mistrzostw Europy w Berlinie. Tam po raz pierwszy zobaczyłem Tomka Wójtowicza, Leszka Łasko. Jurka Wagnera poznałem wcześniej. Później rozpocząłem zajęcia w klubie, cały czas miałem styczność z siatkówką. Podjąłem naukę w kilku innych szkołach, między innymi w Raciborzu, tam grałem w trzeciej lidze. Do Nysy wróciłem na jeden sezon, tato był tam trenerem, a Nysa awansowała wtedy do pierwszej ligi. To był sezon 1989/1990. W międzyczasie ukończyłem studia na AWF w Krakowie i widziałem siebie właśnie jako trenera. Będąc wiele lat na zgrupowaniach, czy to z kadrą mężczyzn, czy kobiet, poznałem trenerów, działaczy, łatwiej było mi się odnaleźć w tym środowisku.

Po Nysie grałem jeszcze w BBTS-ie Bielsko, w Beskidzie Andrychów i w Górniku Radlin. Zdrowie nie pozwoliło mi kontynuować kariery zawodniczej, a pojawiła się akurat możliwość rozpoczęcia pracy jako trener w szkole mistrzostwa sportowego w Rzeszowie. Był to rok 1995. To była nowo otwarta placówka, pod nadzorem PZPS. Zanim jednak trafiłem do SMS Rzeszów, przez dwa lata jeździłem na obozy z kadrą kadetek, którą prowadził tato, oraz kadetów, pod okiem Irka Mazura (prowadził wtedy chłopców). To były roczniki ’77 i ’78. Przez cały ten czas podpatrywałem zajęcia, uczestniczyłem w nich jako „pomoc” do ćwiczeń, a po blisko dwóch latach pozwolono mi poprowadzić pierwszą rozgrzewkę.

Długie terminowanie.

GR: Bardzo! Oczywiście wcześniej brałem udział w zajęciach, podawałem piłki, a jeśli któryś zawodnik był kontuzjowany, to go zastępowałem, żeby nikt nie został bez pary. Wtedy rozgrzewki były inne – nie 20 minut jak dzisiaj, tylko całe 45 minut. Pamiętam, że po tej pierwszej samodzielnej rozgrzewce byłem spocony z emocji bardziej niż zawodnicy.

W Rzeszowie miałem dobrych trenerów – Edwarda Srokę, Janka Sucha i jeszcze parę innych osób. Sporo się też od nich nauczyłem. Akurat w tamtym czasie Wiktor Krebok objął reprezentację i potrzebny był mu drugi trener. Nie wiem, w jaki sposób do tego doszło, ale zadzwonił akurat do mnie i powiedział: „Słuchaj, jesteś w szkoleniu centralnym, w SMS-ie, to w okresie wakacyjnym biorę cię do kadry”. Odpowiadam: „Dobrze, ale przecież trzeba na to jakąś zgodę”. On na to: „Przecież jestem trenerem kadry, nie będę nikogo o nic pytał”. A że byliśmy zatrudnieni w tej samej instytucji – bo szkoły mistrzostwa sportowego podlegają Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej – to w 1995 roku na obozach pełniłem funkcję drugiego asystenta, rok później byłem już drugim trenerem. Uczestniczyliśmy w kwalifikacjach do igrzysk, później byliśmy w Atlancie. Wprawdzie meczu nie udało nam się wygrać, ale i tak było to niesamowite przeżycie. Przetarliśmy szlaki do powrotu reprezentacji Polski na szczyty.

Wiktor Krebok niejako utorował drogę do sukcesów polskiej siatkówki. W 1995 roku dokonał zmiany pokoleniowej. Odeszło z reprezentacji kilku starszych zawodników, Krebok wziął młodzież – Marcina Nowaka, Damiana Dacewicza, Andrzeja Stelmacha oraz kilku starszych, między innymi Leszka Urbanowicza, Krzyśka Stelmacha, Witka Romana i Mariusza Szyszko. Wtedy karierę zaczynali też Paweł Zagumny i Piotrek Gruszka. To właśnie ci młodzi zawodnicy zaczynali stanowić o sile naszej reprezentacji. Po igrzyskach Krebok odszedł z kadry, reprezentacją zajął się z powrotem Jurek Wagner, a ja niejako z automatu zostałem asystentem. Było nas wtedy w sumie trzech asystentów, oprócz mnie – także Irek Mazur i Marek Bernat.

Jan Ryś
Fot. Maciej Śmiarowski / Agencja Przegląd Sportowy / Newspix.pl

Panie Janie, z kolei pan asystował Wagnerowi w szczególnym momencie, bo po wielkich sukcesach lat 70., między innymi po zdobyciu złota olimpijskiego w Montrealu w ’76 roku. Jak wspomina pan tamten czas?

JR: Gdy Jurek wrócił z Montrealu, prowadziłem zespół trzeciej ligi w Jaśle. Do objęcia tego zespołu zachęcał mnie ojciec Pawła Zagumnego, bo mama Pawła, Hania, była tam zawodniczką rozgrywającą. Zgodziłem się i przeniosłem się do Jasła, Zagumny z kolei został prezesem klubu, a w międzyczasie urodził się jego syn Paweł. Później Hania przychodziła na zajęcia z dwuletnim synkiem – dziś, ilekroć widzę się z Pawłem, wspominam to z rozczuleniem.

Trenując dziewczyny, widział pan oseska, który później trafił do reprezentacji Polski.

JR: Zgadza się. Ojciec Pawła wraz z pewnym panem z urzędu z Jasła zachęcali mnie wówczas do podjęcia studiów. Mówili: „Słuchaj, dobrze by było, żebyś skończył studia trenerskie”. Zaskoczyli mnie, bo miałem zaledwie średnie wykształcenie. Ale zgodziłem się, poszedłem na studia w Krakowie, oczywiście zaoczne.

Pracę dyplomową poświęciłem trenerowi Krzyżanowskiemu. Gdy doktor Adamczyk ją przeczytał, stwierdził, że czegoś takiego nigdy wcześniej nie widział. Przez blisko dwa lata jeździłem za Krzyżanowskim – po rodzinie, na treningi. Zbierałem o nim informacje, gdzie tylko się dało. Co się okazało? Otóż dostrzegł to Jurek Wagner i bardzo chciał mnie pozyskać do współpracy, a jednocześnie doktor Adamczyk zaoferował mi pracę na uczelni. I wybieraj teraz! Ale Jurek stwierdził: „Będziesz siedział w murach i co ci po tym? Chodź tu, będziesz się rozwijał”. Przyznałem mu rację i zostałem u boku Wagnera już do końca jego życia. Jeździliśmy odtąd razem po całym świecie.

Najpierw więc ojciec był asystentem Wagnera, a potem syn. Jak wyglądały prowadzone przez niego treningi?

GR: Przy Jurku trzeba było się sprężać. Dyscyplina i punktualność stanowiły fundament, nie było o czym dyskutować. Sporo historii można by opowiadać, przytoczę jedną.

Byliśmy na krótkiej konsultacji kadry w Częstochowie w trakcie trwania ligi. Zawodnicy zjeżdżali się w niedzielę po meczach, w poniedziałek odbywały się dwa treningi, we wtorek był jeszcze jeden, po czym wszyscy rozjeżdżali się do swoich klubów. Któregoś razu podczas poniedziałkowej zbiórki, jeszcze przed śniadaniem, przychodzi Wagner i pyta: „Wszyscy są?”. Cisza. „Wszyscy są?” Cisza. Już się Wagner lekko zapienił, pyta trzeci raz: „Wszyscy są? Pytam was o coś, nie? Kogo nie ma?”. Ktoś odpowiedział, Wagner docieka: „A co z nim?”. „Śpi”. „To obudzić”. „Nie da się”. „To wyrzucić!” Krótka rozmowa, szybka decyzja, i pozamiatane.

Od Wagnera wiele można było się nauczyć także od strony organizacyjnej, bo on skrupulatnie planował treningi. Zazwyczaj bardzo krótko spał, wstawał niekiedy o piątej rano i przed śniadaniem miał cały dzień rozpisany co do minuty: kiedy zajęcia, jakie zadania ma do wykonania każdy zawodnik i tak dalej.

Czego nauczyli się panowie od Wagnera?

JR: Jedno to niesamowita konsekwencja w tym, co mówił, i w tym, co chciał osiągnąć w siatkówce. Jeżeli coś powiedział, to dotrzymywał słowa, a trening był podporządkowany temu, by ten cel osiągnąć. Był konsekwentny w stosunku do nas, stawiał odpowiednie wymagania i tylko patrzył, czy to robimy. Jeśli coś kazał, to nie było możliwości, by od tego uciec. Jeżeli dawał kary, to musiały być wykonane.

Wagner wymagał wiele od innych, ale od siebie również. Jednego roku minister sportu obiecał nam, że jeśli wygramy Spartakiadę Armii Zaprzyjaźnionych, która odbywała się akurat w Warszawie, to każdy dostanie po fiacie. Wygraliśmy i… słowa nie dotrzymali. Wagner o tym nie zapomniał, ale co mógł zrobić? Powiedział tylko do nas: „Chłopcy, idziemy stąd, bo tutaj po prostu kłamią”, i wyszliśmy z urzędu. To był człowiek, który konsekwentnie domagał się tego, co było ustalone.

Bardzo dużo czasu spędziłem z jego rodziną, bo będąc w Warszawie, nie nocowałem w hotelach, tylko spałem u Wagnera. Podpatrywałem, jak funkcjonowała jego rodzina. Było podobnie jak na treningach: punktualność ponad wszystko. Gdy przychodził czas na kąpiel, dzieci posłusznie szły do łazienek. Myślę, że to właśnie sumienność, punktualność i życzliwość pozwalają osiągnąć coś w życiu i stać się dla innych wzorem.

Tak samo starałem się później postępować z dziewczętami, które trenowałem. Zdobyłem z nimi, tak jak z juniorkami, dwa medale mistrzostw Europy (i pucharu świata). Gosia Glinka z pewnością potwierdzi, że nie było możliwości, by któraś z dziewcząt się spóźniła. Wiedziały, co za to je czeka.

Czy praca z drużynami kobiecymi różni się od pracy z drużynami męskimi?

JR: Zdecydowanie. Jak to mówią, jednego dnia jest piękna pogoda, świeci słońce, drugiego – jest ulewa. Praca z mężczyznami to co innego. Dziewczętom lepiej nie dawać zbyt wiele swobody, zamiast tego warto je inspirować, nie pozwalać na to, by miały zbyt dużo wolnego czasu, inaczej nic się nie osiągnie.

Jan Ryś
Fot. Maciej Śmiarowski / Agencja Przegląd Sportowy / Newspix.pl

Jak zatem wyglądał wtedy dzień treningowy siatkarek?

JR: Rano pobudka, następnie rozruch poranny, śniadanie. Potem jest prasówka albo różne gry, świetlicowe czy też związane z historią siatkówki, dopiero później jest normalny trening, obiad, po obiedzie chwila na sen i znowu zajęcia, czasem wyjście w teren, kajaki, wypady rowerowe, wieczorne ognisko.

Czy bycie trenerem kobiet wymaga specyficznych predyspozycji?

JR: Tak. Trzeba się im w pełni poświęcić, tak jakby nie miało się własnej rodziny. Przyznam szczerze, że to małżonka zajmowała się wychowaniem Grzesia czy córki, ja ręki do tego nie przykładałem, bo zajmowałem się właśnie dziewczętami, pilnowałem ich dzień i noc. Czasem dochodziło niestety do tego, że niektórym z nich musiałem podziękować za grę, rozstawaliśmy się.

I ostatnia rzecz: ciągłe najazdy rodziców. Mama czy tata muszą zobaczyć, co córka robi, jak jej idzie. Dotyczyło to głównie młodszych dziewczyn. Z kolei starsze odwiedzali małżonkowie. To generowało kolejne problemy, bo przecież chcieli spać razem i tak dalej. Drużynę mężczyzn prowadzi się inaczej, małżonki zawodników w ogóle nie przyjeżdżały na zgrupowania. Dlatego czuję ogromny podziw dla trenerów, którzy prowadzą dziewczęta i potrafią sobie z tym wszystkim poradzić.

Byli panowie trenerami w Turcji (JR), Egipcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy w Izraelu (GR). Czy nauki Wagnera i Krzyżanowskiego sprawdzały się w konfrontacji z międzynarodową myślą trenerską?

GR: Jadąc do tych krajów, występowałem w roli nauczyciela. Pokazywałem metody pracy, które są na najwyższym poziomie – bo w tamtym czasie Polska była już postrzegana jako jeden z potentatów w siatkówce. O ile w latach 90. byliśmy jeszcze kopciuszkiem, z którym nikt nie chciał grać meczów międzynarodowych, o tyle potem staliśmy w jednym szeregu z Brazylią, Włochami, Rosją czy Stanami. To był zupełnie inny przekaz, a polscy trenerzy mogli stanowić na świecie konkretną siłę. Byłem jednak jednym z nielicznych, którzy wtedy wyjeżdżali – i tak jest w zasadzie do dziś, bo niewielu trenerów decyduje się na wyjazd do pracy za granicę. W każdym razie trzeba było nie tylko pokazywać nowe metody pracy na hali, ale też organizować cały system szkolenia, przede wszystkim szkolenia młodzieży, uczyć pracy z pierwszą reprezentacją i tak dalej.

Czyli nie była to tylko praca typowego selekcjonera, ale kogoś, kto musiał myśleć w szerszym kontekście: jak zbudować system, który będzie dostarczał nowych, wartościowych zawodników reprezentacji?

GR: Zgadza się. Gdy jechałem do Izraela, oczekiwano ode mnie, bym pokazał, jak taki system funkcjonuje w Polsce. Izraelczycy chcieli zaadaptować go u siebie – oczywiście nie w stu procentach, bo pewne szczegóły są uzależnione od finansów czy od systemu szkolnictwa. W każdym razie pokazywałem im, jak to u nas funkcjonuje, i starałem się to w nich zaszczepić. Różnie z tym bywało. Na przykład w Emiratach Arabskich nie ma odpowiednio wysokich osób, co więcej, populacja tego kraju liczy niespełna milion osób. Samo wybranie wystarczającej liczby zawodników stanowi wyzwanie, a niełatwo też było przekonać ich do ciężkiej pracy.

Z kolei populacja Egiptu to dziś prawie 100 milionów ludzi, sporo osób jest wysokich, ale jest także sporo przeszkód do pokonania. Egipcjanie starali się zaadaptować nasze metody szkoleniowe, niestety ich zmysł organizacyjny jest zupełnie innego rodzaju, trudno też było liczyć na punktualność.

Chyba najciekawiej było w Izraelu. Tamtejsi działacze z federacji siatkówki Izraela bardzo chcieli zmienić swój system szkolenia i myślę, że dużo od nas przejęli. Natomiast sprawa rozbijała się o mentalność działaczy klubowych, którzy są bardzo sceptycznie nastawieni do szkolenia centralnego. Uważali, że nie ma ono racji bytu, a istotna jest tylko konkretna praca, którą wykona się w klubach. Nie potrafili zrozumieć, że Akademia Siatkówki w Wingate (odpowiednik naszej Szkoły Mistrzostwa Sportowego) zapewni odpowiednio wysoki poziom szkolenia centralnego, zdecydowanie lepszy niż szkolenie klubowe. Przekonanie ich do zmiany myślenia było bardzo trudne, ale myślę, że coś w nich pozostało i że siatkówka w Izraelu będzie się rozwijać.

Dodam, że miałem okazję obserwować za granicą trenerów praktycznie z całego świata – w Emiratach byli szkoleniowcy z Kanady, ze Stanów, z Serbii czy Chorwacji, którzy prowadzili miejscowe kluby. Muszę powiedzieć, że na ich tle wypadamy bardzo dobrze. Nie wdając się w szczegóły, zdradzę tylko tyle, że gdyby niektórzy z nich – i to bardzo znani! – pracowali w ten sposób w Polsce, to zaraz zostaliby wyrzuceni z pracy.

Panie Janie, pan z kolei prowadził drużynę w Turcji. Jak wspomina pan doświadczenia z tamtych lat?

JR: W Turcji w Izmirze prowadziłem klub Karşıyaka. To był klub policyjny, który walczył o mistrzostwo. Człowiek, który zabiegał o mnie, obserwował moje treningi w Polsce i wiedział, że mogę pomóc im wywalczyć tytuł.

Okazało się, że Turcy to naród niesamowicie pracowity, choć jednocześnie bardzo przewrażliwiony. Jedno krzywe spojrzenie, niefortunnie rzucone słowo – i już była złość czy nerwowa atmosfera. Poza tym w Turcji panuje swoboda w wielu kwestiach, nie ma takiego rygoru jak u nas. Dobrze widać to na ulicach – kierowcy jeżdżą, jak chcą!

A jednocześnie są wielkie tradycje imperialne.

JR: Zgadza się. Koniec końców okazało się, że jest w nich potencjał, ale nie mają odpowiednich rozgrywających. Brakowało w drużynie osoby, która by nimi pokierowała. Zdałem sobie sprawę, że to musi być zawodnik, który myśli inaczej, dlatego postanowiłem sprowadzić z Polski Piotra Koczana.

To zadziałało?

JR: I to jak! Byliśmy na drugim miejscu, czekała nas walka o mistrzostwo Turcji. I w tym momencie Piotrek doznał kontuzji. W trakcie meczu zderzył się z innym zawodnikiem, zerwał wiązadła w kolanie i w efekcie zabrakło nam rozgrywającego. Proszę sobie wyobrazić, że nie wygraliśmy tego meczu! Piotrka zastąpił Turek i nie był już w stanie podjąć wyzwania, jakie stało przed rozgrywającym. Ostatecznie skończyliśmy sezon na czwartym miejscu.

Turcy chcieli, żebym został na kolejny sezon. Prowadziłem wtenczas reprezentację Polski kobiet i początkowo prezes Eryk Lenkiewicz nie zgadzał się na przedłużenie mojego pobytu. Turcy tak o mnie zabiegali, chodzili do prezesa, namawiali go, że ostatecznie zmienił zdanie i zostałem na kolejny rok. Dopiero wtedy zobaczyłem, jaki to waleczny naród! Rzesze ludzi przychodziły na mecze, doping był niesamowity. Samo przyjście na trening było dla zawodników świętem. Co ciekawe, menedżer, który mnie tam ściągnął, zdradził mi, że wcześniej, zanim przejąłem drużynę, tak nie było. Bo w Turcji trudno o punktualność, panuje dużo swobody.

Dla ucznia Wagnera musiało to być…

JR: …okropne! Gdy trening dobiegał końca, musiałem się upominać, żeby zawodnicy piłki pozbierali! Ich to nie interesowało, trzeba było ich tego nauczyć. Musiałem przywyknąć do pewnych różnic kulturowych. Przede wszystkim zacząłem walczyć o punktualność. Turcy potrafili się spóźniać 15–20 minut, więc gdy po jakimś czasie przychodzili na trening już tylko 5 minut po czasie, był to duży postęp.

GR: Kolejna rzecz: muzułmanie odmawiają kilka modlitw dziennie. I tego nie da się pominąć, gdyż wartości religijne są u nich na pierwszym miejscu. Zaczynając pracę w Egipcie, początkowo o tym nie wiedziałem, ustawiałem treningi o godzinie, która mi pasowała. Któregoś razu, w połowie treningu, zawodnicy poszli się napić wody, bo tam nie ma zwyczaju, by przynosić butelki z wodą na zajęcia, są za to wyznaczone miejsca na korytarzach, w których można się napić. Zwykle zawodnicy wracali po chwili. Tamtym razem wyszli, mija 15–20 minut, nie ma ich, trening rozwalony, bo po takiej przerwie wszyscy ostygli. Gul mi skoczył, pytam ich, co się stało, a oni na to: „Byliśmy się pomodlić”. Wyjaśniłem, że taka przerwa w trakcie treningu jest niedopuszczalna, ale szanuję to, że muszą się pomodlić, więc postaram się dopasować godziny treningu, tak by nie kolidowały z ich modlitwami. Czasem jeszcze zdarzało się, że z powodu modlitw zaczynaliśmy trening pięć minut później, ale szanowaliśmy się nawzajem: ja – ich potrzebę modlitwy, oni – moją potrzebę punktualności.

Zabawna sytuacja zdarzyła się w Egipcie podczas Ligi Światowej w Kairze. Rozgrywano mecz o godzinie dwudziestej, rozgrzewka zmierzała ku końcowi, zostało może pięć minut do rozpoczęcia. Patrzę, nie ma moich asystentów – drugiego trenera, masażysty, doktora. Sędziowie dają sygnał, żeby się ustawiać, zaraz hymny, przywitanie, a ich nie ma. Wtedy zobaczyłem, że modlą się w kącie sali! Spojrzałem bezradnie na sędziów, cały ceremoniał się opóźnił, a na meczach międzynarodowych przestrzega się czasu co do minuty, bo superwizorzy rozliczają sędziów z ich pracy. W ostatniej chwili przybiegła moja ekipa i ustawiła się do rozpoczęcia meczu.

Do jeszcze większych skrajności dochodziło w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Tam przerywano mecze, bardzo często nawet podczas transmisji w telewizji, sędzia schodził ze słupka i wszyscy zawodnicy szli się modlić. To było dla mnie nie do pojęcia, ale nic nie mogłem zrobić.

Grzegorz Ryś jako trener PZU AZS-u Olsztyn
Fot. Krystyna Paczkowska / Agencja Przegląd Sportowy / Newspix.pl

A jak pan wspomina pracę w Izraelu?

GR: Tam problemów z punktualnością i przestrzeganiem dyscypliny nie było, bo to kraj relatywnie niewielki, silnie zmilitaryzowany. Izraelczycy żyją w poczuciu ciągłego zagrożenia. Są nauczeni dyscypliny, każdy musi odbyć służbę wojskową. Po maturze chłopacy idą do wojska na trzy lata, a dziewczyny – na dwa i pół roku. Dopiero potem można rozpocząć studia, innej drogi nie ma. U nas kiedyś służba też była obowiązkowa, ale właśnie studia pozwalały wybronić się od wojska. Poza tym Izraelczycy wcale nie są aż tak religijni.

Izrael to, poza pewnymi grupami, dość świeckie państwo.

GR: Tyle że te grupy, choć bardzo nielubiane przez resztę społeczeństwa, mocno na innych oddziałują. Ultraortodoksyjni żydzi otrzymują pieniądze od państwa, mają swoją grupę lobbystów, przy czym na co dzień nie pracują, nie uczą się, nie służą w wojsku, a w rodzinach jest nawet po kilkanaścioro dzieci.

Natomiast młodzi Izraelczycy to społeczeństwo bardziej laickie. Oczywiście przestrzegają rytuałów, jeśli na przykład któryś z zawodników bierze ślub w obrządku żydowskim. Ale generalnie gracze różnie do tego podchodzą. Połowę drużyny stanowili ludzie rosyjskojęzyczni, pochodzący z republik dawnego Związku Sowieckiego. Ich rodzice adaptowali się do zwyczajów izraelskich, ale mieli zupełne inne podejście do życia. Niektórzy znali rosyjski i uczyli się hebrajskiego, z kolei ich dzieci władały już trzema językami: rosyjskim, hebrajskim i angielskim. Wreszcie byli też zawodnicy pochodzący z innych krajów, praktycznie z całego świata. W reprezentacji byli na przykład siatkarze, których rodzice pochodzili z Meksyku, Szwecji czy Argentyny.

Ogromny tygiel kulturowy!

GR: Zgadza się. Gdy lecieliśmy na mecz za granicę, zawodnicy wkładali stroje cywilne ze względów bezpieczeństwa, żeby nie wyróżniać się w tłumie. Ostatnie, czego było nam trzeba, to by ktoś zamarzył sobie organizować zamachy na Izraelczyka. Nie było takich problemów z zawodnikami rosyjskojęzycznymi, bo oni mieli typową urodę rosyjską, wschodnią i na lotnisku traktowano ich właśnie jako ludzi ze Wschodu, a nie z Izraela.

Czy dzisiaj dużo rozmawiają panowie o siatkówce?

JR: Przyznam, że dzisiaj częściej, dawniej małośmy o niej rozmawiali. Nie musiałem pomagać synowi, on sam sobie torował drogę zawodniczą czy na studiach.

GR: Gdy pracowaliśmy w szkołach mistrzostwa sportowego – ja w Rzeszowie, tato w Sosnowcu – często organizowaliśmy nie tylko wspólne obozy, ale i studniówki, naprzemiennie raz w jednej szkole, raz w drugiej. To była jedyna możliwość, żeby porozmawiać o siatkówce, choć – tak jak tato zauważył – nie mówiliśmy o tym wiele, bo inne wyzwania stały przed drużyną dziewcząt, a inne przed chłopakami. Ale jeśli chodziło o organizację zajęć czy dobór ćwiczeń, to potrafiliśmy rozmawiać do czwartej rano – a potem wszyscy byli zmęczeni, bo przecież trzeba było wstać o siódmej czy siódmej trzydzieści! Gdy wracałem do domu na święta na dwa czy trzy dni, nie było czasu na takie rozmowy.

Potrafią panowie wyobrazić sobie inną wersję swojego życia – bez siatkówki?

JR: Nie zastanawiałem się nad tym, co mógłbym innego robić, bo na moje wybory życiowe mieli wpływ w dużej mierze inni ludzie. Prowadzili mnie w kierunku, który dla nich był dobry, a ja starałem się wykonać to, o co prosili. Gdyby na przykład Wagner mnie nie spotkał i nie namówił na prowadzenie reprezentacji, tobym tego nie robił. Podobnie ukierunkował mnie pan Pudo w szkole zawodowej. Gdybym z kolei posłuchał doktora Adamczyka i został na uczelni, czekałaby mnie inna przyszłość.

Czy płynie z tego nauka, że warto czasem poddać się temu, co życie przynosi?

JR: Być może, tyle że ja trafiałem na osoby mi życzliwe, które poprowadziły mnie w dobrym kierunku. Nie miałem okazji poznać ludzi, którzy mogliby ściągnąć mnie na złą drogę.

GR: Trudno sobie wyobrazić, by po 25 latach pracy w zawodzie wykonywać coś innego. W Izraelu miałem nieco pracy organizacyjnej, ponieważ przez rok pełniłem funkcję dyrektora sportowego w Federacji Izraela, a więc nie była to praca wyłącznie na sali. Gdybym dziś miał zmienić zawód, być może zdecydowałbym się na pracę menedżerską.

Ale prawdę mówiąc, nigdy nie miałem dylematów, co robić w życiu. Inne kierunki studiów mnie nie interesowały. Do pracy jako lekarz trzeba mieć powołanie, bycie inżynierem mnie nie kręciło. Zdobyłem wykształcenie pedagogiczne, jestem magistrem wychowania fizycznego ze specjalizacją piłka siatkowa, i nawet przez moment uczyłem wychowania fizycznego w szkole podstawowej. Mam również dyplom trenera klasy mistrzowskiej. Gdyby nie kariera zawodnicza, być może odnalazłbym się właśnie w trenowaniu siatkówki z dziećmi lub po prostu byłbym zwykłym magistrem wychowania fizycznego. Innych opcji nie widzę, bo w naszym domu wszystko wiązało się ze sportem, tak że była to dla mnie naturalna droga rozwoju.

Czym dzisiaj jest dla was Nysa? Czy mają panowie poczucie, że wpisaliście się w historię tego miasta?

JR: Władze miasta się zmieniają i dziś jest inaczej niż kiedyś. W latach 60. bardziej doceniano nasz wkład, dziś pamięć o dokonaniach sportowych Rysiów jest mniejsza. Ważniejsze są jednak przyjaźnie z tamtych czasów, które trwają do dziś. Mam na myśli trenerów – na przykład Irka Mazura, którego ściągnąłem do Nysy. Mile wspominam swoich zawodników – Wojtka Drzyzgę, Włodka Sadalskiego, który dziś jest dyrektorem w Polskim Związku Piłki Siatkowej. To właśnie ci ludzie przypomną czasem rządzącym, że jest jeszcze taki Ryś, o którym warto pamiętać. Wtedy władze się reflektują, zapraszają nas na spotkania, czasami otrzymamy nagrody. Ostatnio otwarto w Nysie halę sportową, wręczono nam puchary – wszystko to właśnie dzięki pamięci kolegów z dawnych lat.

GR: Ja na pewno jestem w Nysie osobą rozpoznawalną. Ludzie znają mnie nie tylko dlatego, że prowadziłem różne zespoły, ale również dzięki temu, że komentuję mecze w Telewizji Polskiej. Wyjechałem z Nysy na blisko 30 lat, przez ten czas wielokrotnie bywałem w domu rodzinnym. Od dwóch lat jestem tutaj w miarę na stałe, staram się odnowić znajomości z lat szkolnych. Mam grono kolegów, z którymi kiedyś graliśmy, kilku z nich jest obecnie we władzach klubu Stal Nysa. Myślę, że zapisaliśmy się w historii nyskiej siatkówki, ale również i polskiej. Sporo pisze o nas dziennikarz sportowy z „Nowin Nyskich” – Krzysztof Centner. Związany był z nami jeszcze w czasach mojej kariery zawodniczej i ta znajomość trwa do dziś.


Jan Ryś

ur. 30 marca 1942 r. w Rutkach, trener siatkówki, wychowanek MKS-u Nysa, zawodnik Stali Nysa, Technika Zamość oraz Unii Tarnów. Po zakończeniu kariery zawodniczej był m.in. trenerem kobiecych drużyn Czarni Jasło, Tarnovia i Stal Nysa. Jako trener pracował także w tureckim Izmirze. W latach 1983–1985 asystował Hubertowi Wagnerowi w reprezentacji Polski seniorów. Następnie trenował reprezentację Polski kobiet seniorek. W latach 1996–1997 był trenerem reprezentacji Polski juniorek, z którą na mistrzostwach Europy w 1996 r. zajął trzecie miejsce, a rok później na mistrzostwach świata – piąte miejsce. Ojciec Grzegorza.

Grzegorz Ryś

ur. 3 sierpnia 1967 r. w Nysie, trener siatkówki, zawodnik Stali Nysa, KS AZS Rafako Racibórz, BBTS-u Włókniarz Bielsko-Biała, Beskidu Andrychów oraz Górnika Radlin. Pracował w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Rzeszowie. Jako trener reprezentacji zdobył z zespołem mistrzostwo świata juniorów, srebrny medal mistrzostw Europy juniorów i zajął piąte miejsce w mistrzostwach świata kadetów. Był trenerem zespołu Morze Bałtyk Szczecin oraz występującego w Polskiej Lidze Siatkówki PZU AZS-u Olsztyn, z którym wywalczył dwukrotnie wicemistrzostwo Polski. W latach 2006–2007 był trenerem reprezentacji Egiptu, która awansowała do mistrzostw świata w Japonii w 2006 r. Jako trener pracował także w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Izraelu.