Sport uczy wytrwałości

Wywiad z Agnieszką Czopek-Sadowską

Swój olimpijski medal zdobyła pani w wieku zaledwie 16 lat. Dziś sama trenuje pani młodzież.

Tak. Lubię tę pracę i bardzo mnie cieszą postępy u dzieci. Chodzi mi nie tyle o wyniki, ile o technikę pływania – bo wynik jest wypadkową coraz lepszej techniki. Tłumaczę to również dzieciom: „Jeśli opanujesz technikę i będziesz nad nią stale pracował, to przyjdą lepsze wyniki”. Dlatego nie wywieram presji na dzieci, tylko skupiam się na tym, żeby jak najlepiej pływały.

A dzieci są niecierpliwe?

Czasem tak, ale czasem niecierpliwią się też rodzice. Internet robi dużo złego, bo daje złudzenie, że wszystko można zdobyć, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Dzieci oglądają zawody pływackie, wydaje im się to proste, myślą sobie: „To ja też zacznę pływać, będę tak samo szybki”, a tu się okazuje, że trzeba być wytrwałym, pracować nad sobą. W dzisiejszych czasach coraz mniej jest dzieci, które są cierpliwe. A tak jak ćwiczymy mięśnie, warto też ćwiczyć umysł. Gdy widzę, jak dzieci nabierają świadomości tego, z czym wiąże się pływanie, wtedy mogę kształtować wytrwałość, która kiedyś przybliży je do zwycięstwa. Zawsze tak to wyjaśniam dzieciom: „Cieszcie się z postępów, z tego, że coraz lepiej pływacie, uzyskujecie coraz lepsze czasy – a co zdobędziecie, to wasze. Ja i tak będę z was dumna, ale najważniejsze, żeby ciągle się poprawiać, iść do przodu, bo wtedy dojdzie się na szczyt, większy niż zawody międzyszkolne czy powiatowe”.

W jakim wieku są pani podopieczni?

Najlepiej pracuje mi się z dziećmi w okresie naboru. U nas, w Krakowie, są to dzieci uczęszczające do klasy czwartej. Mamy też oddziały sportowe dla dzieci z pierwszej klasy, ale to jest głównie ogólnorozwojówka, judo, gimnastyka, piłka nożna czy kajaki. Już w tym wieku widać, jakie zdolności przejawia dane dziecko, jaki sport najbardziej mu odpowiada.

Mam też grupy dzieci między 9. i 10. r.ż. W tym wieku dzieci są wręcz surowym materiałem, a w ciągu roku uczą się wszystkich stylów, opanowują technikę, znacząco zwiększa się szybkość pływania. Dzieci 10-letnie robią kolosalne postępy, aż same są zdumione.

To utwierdza je w tym, że warto zaufać trenerowi, bo sprawdza się to, co on mówi. Na tym można budować dalsze treningi, a dzieci bardziej zaangażują się w ćwiczenia.

Czy gdy obserwuje pani dzieci, przypomina pani sobie swoje pierwsze chwile na basenie?

Przyznam, że bardzo się bałam wody. Panicznie! Ale nie od dziecka, tylko dlatego, że się zraziłam. Któregoś razu pływałam w kółku, nagle tata mi je zabrał, a były fale na morzu. Jak ja się przestraszyłam! Od tamtej pory panicznie bałam się wody, a mieliśmy obowiązkową naukę pływania w drugiej klasie. Gdy tylko zanurzyłam nogi, byłam wystraszona! Musiałam sporo przepracować w głowie. Ale potem robiłam już szybkie postępy. Zauważył mnie trener Jacek Choynowski, który później doprowadził mnie do najwyższych, olimpijskich wyników. Dostrzegł we mnie potencjał, u jego boku szybko doskonaliłam technikę. Z kolei ojciec nauczył mnie wytrwałości.

Pochodzi pani ze sportowej rodziny?

Tak. Mama grała w siatkówkę, tata też uprawiał sport, choć bardziej amatorsko. Ale wtedy były inne czasy. Dopiero jeśli ktoś się wybił, to mógł liczyć na powołanie do kadry. Z kolei za moich czasów sport stał się bardziej uporządkowany, zaczęły powstawać kluby, potem również szkoły mistrzostwa sportowego. W Raciborzu w ’77 r. powstała pierwsza taka szkoła, naszą powołano w ’78. Właśnie jesienią tego roku będziemy obchodzić 40-lecie powstania.

Mam sentyment do naszej szkoły, ale jak sięgam pamięcią, to nie są to tylko miłe wspomnienia. Dzisiaj są zupełnie inne metody pracy. Wtedy liczyła się praca totalna: im więcej kilometrów, im większe obciążenia, tym lepiej. Bardzo dużo czasu spędzaliśmy na siłowni, a wiadomo, że nie było to aż tak potrzebne. Już jako nastolatka, a potem seniorka byłam przemęczona, organizm się buntował. Dziś uważam, bazując na swoim doświadczeniu – bo 31 lat pracuję jako trener – że mój potencjał nie został do końca wykorzystany. Zwykle dopiero pod koniec zawodów czułam siłę i świeżość. Na zawody trzeba trafić z formą, czyli osiągnąć swoje najlepsze możliwości w danej chwili, a mnie trudno było w ten sposób wycelować.

Po drugie – są różne dystanse w pływaniu. Pływałam też te wytrzymałościowe, czyli np. 400 metrów stylem zmiennym, a to jest ogromnie trudny dystans. Oprócz tego, że wymaga on wytrzymałości szybkościowej, to jeszcze dochodzi zmiana stylów, mięśnie zaczynają inaczej pracować, inaczej trzeba oddychać. Po każdej zmianie stylu czułam zahamowanie możliwości organizmu. Musiałam się przestawić – to tak jak z przerzutką w rowerze. Dopiero potem zaczynałam płynąć mocno i czułam power.

A miała pani czas nacieszyć się sportem?

Ciężko było się nacieszyć, bo jedna impreza goniła drugą. A to jakieś sprawdziany, a to zawody – bo trzeba zrobić minimum, by dostać się na zawody rangi światowej. Ciągle do czegoś musiałam się przygotowywać. Zdarzały się sezony, podczas których nie miałam wakacji. Teoretycznie jechaliśmy na obóz wypoczynkowy, ale przygotowywaliśmy się tam do kolejnego sezonu: było pływanie w morzu po kilka kilometrów, bieganie po plaży – bardzo tego nie lubiłam, bo mam płaskostopie i bieganie zawsze kończyło się spuchnięciem kostek i strasznym bólem. Dziś uważam, że ruch w trakcie treningów można było nieco zmodyfikować i biegi zamienić na szybkie marsze. Zwłaszcza że pływacy mają nadrozciągliwość ścięgien i bieganie może powodować dużo urazów, a marsze – już nie. W efekcie tych intensywnych treningów czułam się zmęczona. Uczniowie pytają mnie zresztą: „A czemu pani kariera trwała tak krótko?”. Właśnie dlatego że nakładano na nas zbyt duże obciążenia. Mój organizm powiedział „stop”. Czułam, że nie daję dłużej rady, że nie osiągnę nic więcej. A miałam dopiero 20 lat…

Z drugiej strony osiągnęła pani tyle, ile nie jest dane wielu sportowcom w trakcie znacznie dłuższych karier. Niesamowite jest to, że medal olimpijski zdobyła pani w tak młodym wieku!

Tak, miałam dokładnie 16 lat i 7 miesięcy – jestem ze stycznia, a olimpiada odbywała się w lipcu.

Czuła się pani jak nowicjuszka czy była pani już raczej zaprawiona w bojach sportowych?

Czułam się raczej zaprawiona. Startowaliśmy wcześniej w zawodach wysokiej rangi, np. w Pucharze Europy, Pucharze Świata, mistrzostwach Europy juniorów. Nie przerażał mnie udział w olimpiadzie, bo nigdy nie stawiałam sobie poprzeczki zbyt wysoko. Zawsze wyznaczałam sobie realne cele, w zasięgu swoich możliwości, a wszystko, co udało mi się osiągnąć ponad to, traktowałam jak bonus. Nie chciałam niepotrzebnie się stresować, tak by zbyt wysokie oczekiwania nie przeszkadzały mi w występie. Wiadomo, zawsze jest stres, ale poprzez trening autogenny, czyli poprzez pewne autosugestie, udawało mi się osiągnąć stan spokoju i koncentracji.

Uważam wręcz, że byliśmy prekursorami trendu polegającego na wizualizacji, czyli wyobrażaniu sobie tego, jak będzie przebiegał występ w zawodach. Kilka lat temu czytałam opracowania naukowe na temat wizualizacji stosowanej przez osoby niepełnosprawne. Wizualizacja wpływała pozytywnie na ich podejście do życia. Ta metoda jest dzisiaj powszechnie wykorzystywana w sporcie, a myśmy stosowali ją lata temu. Dzieci też tego uczę, a one mi wierzą. Mówią mi: „Proszę pani, zrobiłem tak i się udało!”. Chociaż wtedy odpowiadam: „Nie »udało się«, po prostu to wypracowałeś”.

Jakim stylem najbardziej lubi pani pływać?

Dzisiaj najmniej męczy mnie styl grzbietowy. To był zresztą mój pierwszy styl, bo bałam się zanurzać twarz. Dopiero później zaczęłam pływać innymi stylami.

Z kolei moim najsłabszym stylem był klasyczny, czyli żabka. W stylu zmiennym jest ona bardzo ważna, bo najbardziej męczy. Jeśli zawodnik słabo pływa żabką, to nie ma szans na dobry wynik. Dlatego musiałam niesamowicie szybko zaczynać delfinem i stylem grzbietowym, żeby na żabie nie stracić zbyt dużo. Pracowałam na lądzie nad techniką pływania żabką, ale w wodzie nie czułam już oporu i płaszczyzny ruchu. Dopiero niedawno zaczęłam ćwiczyć żabkę na obozach z techniki pływania. Prowadzi je trener, który sam był pływakiem. Ćwiczy na sobie odpowiednie techniki, przekazuje je uczniom i widać, że przynosi to efekty. Technika pływania ewoluuje przez lata i dziś jest troszkę inna niż za moich zawodniczych czasów.

Co roku, już od kilku lat, organizowane są ogólnopolskie konferencje trenerów. Tam się szkolimy, można podpatrywać innych. Sama poprosiłam o instruktaż, musiałam wejść do wody i nauczyć się, żeby móc dzieciom przekazać odpowiednią wiedzę. Szkoda, że dawniej nie opanowałam żabki.

Czyli nawet profesjonalny sportowiec uczy się swojej dyscypliny przez całe życie?

Tak, i to jest fajne, bo cały czas widać, że poprawa czy zmiana techniki przynosi efekty. Trener nie może być skostniały, musi dbać o rozwój. Styl klasyczny jest trudny, bo to jest inna płaszczyzna ruchu, ale ciągle prowadzone są badania poświęcone temu, jak poprawiać wyniki w pływaniu.

Czasem tylko niepokoi mnie postawa dzieci: nie mają samozaparcia, wytrwałości, chęci do tego, by poświęcić się dłużej jakiejś sprawie.

A czy pani jako młoda dziewczyna była bardziej poukładana?

Tak. Nauczył mnie tego ojciec, bo był bardzo wymagający. W głębi serca się buntowałam, ale potem zobaczyłam, że wytrwała praca przynosi efekty. Cierpliwość i stawianie sobie kolejnych celów są potrzebne w sporcie. Jeśli człowiek ma cel, wie, jak do niego dążyć, robi to etapami, wówczas prędzej czy później poprawi wyniki. Oczywiście może się zdarzyć, że z różnych powodów – czy to choroby, czy okoliczności zewnętrznych – coś się nie uda. Jeśli zawodnik poniesie porażkę, musi umieć się podnieść, pozbierać, a nie: „Nie dam rady, nie będę więcej się tym zajmował”. Takie podejście przydaje się też w życiu. Czasem człowiek już się nosem podpiera, bo są trudne sytuacje, tymczasem cierpliwość pomaga wytrwać. Wytrwałość jest siłą napędową, dzięki niej powtarzam sobie: „I jeszcze, i jeszcze”, nie poddaję się, walczę ze sobą.

Widziałam jedno z pani zdjęć na pływalni, na którym w tle jest hasło: „Trzeba zwalczać słabsze momenty”.

Tak, ono jest powieszone u nas na basenie. To były złote myśli trenerów amerykańskich. Faktem jest, że takie podejście pomagało. Nawet jeśli zmęczenie było nieprawdopodobne i wydawało się, że przekracza granice wytrzymałości, to patrzyło się na takie hasło i łatwiej było powiedzieć sobie: „Jeszcze trochę, jeszcze chwila”.

My trenowaliśmy nawet trzy razy dziennie w wodzie i dwa razy na lądzie: trening, jedzenie, chwila na masaż, znowu trening itd. W roku olimpijskim w zasadzie zawiesiłam naukę, do pierwszej klasy liceum uczęszczałam przez 2 lata. Ale nie było to złe, bo dzięki temu mogłam lepiej się przygotować, zwłaszcza że u nas nie było odpowiednich warunków. Żeby wytrenować organizm i wejść na wyższy poziom, korzystaliśmy z obozów wysokogórskich. Cały czas byliśmy na wyjazdach. Trzeba było koncentrować się na treningu, a resztę czasu poświęcić na regenerację. Gdyby połączyć to z nauką i dodatkowym wysiłkiem intelektualnym, nie sposób byłoby tego wytrzymać. Ale że o rok wcześniej poszłam do szkoły, to wszystko się potem wyrównało i chodziłam już z rówieśnikami.

W karierze sportowej trzeba więc podjąć pewne decyzje, choć nie da się przewidzieć, jakie przyniosą konsekwencje. Trzeba próbować. Wiadomo, nauka jest bardzo ważna, jednak w sportach, które wymagają treningów od wczesnego dzieciństwa i nie wiążą się z długą karierą jak w innych dyscyplinach, pewne rzeczy trzeba poświęcić. A potem warto już równolegle dążyć do tego, by nie zaniedbać wykształcenia. Kariera sportowa kiedyś się skończy i będzie trzeba z czegoś się utrzymać, mieć nowe cele i nowe wyzwania zawodowe. Kiedy się założy rodzinę, to tym bardziej trzeba zacząć normalnie funkcjonować i wszystko równoważyć.

Wróćmy do olimpijskich wspomnień. Podobno dopadła panią choroba tuż przed startem?

Tak! To są właśnie te nieprzewidziane okoliczności, o których wspomniałam. Bolała mnie głowa, nieustannie miałam stan podgorączkowy. Zdiagnozowano u mnie ropne zapalenie zatok.

Nie mogłam się forsować, bo w pewnym momencie organizm odmówiłby posłuszeństwa. Byłam leczona antybiotykami, brałam leki osuszające, a wszystko to tuż przed olimpiadą. Wiadomo, że antybiotyki osłabiają, organizm musi się po nich zregenerować, a jeszcze czekała mnie mordercza praca, żeby zdążyć z formą na igrzyska.

Musiała pani pojechać na olimpiadę wymęczona…

W sumie tak. I cały czas miałam wątpliwości, czy zdołam wrócić do wyników sprzed choroby. A byłam wtedy w czołówce światowej, w dziesiątce światowego rankingu, i to na każdym dystansie i w każdym stylu! Wiadomo jednak, że na igrzyska olimpijskie trzeba trafić z formą. Każdy stara się osiągnąć jej szczyt właśnie na czas olimpiady i pomimo różnych okoliczności trzeba dać z siebie wszystko. Na igrzyskach rywalizują ze sobą najlepsi zawodnicy z całego świata, więc różnice czasowe są naprawdę minimalne. Odstawały od nas jedynie pływaczki z NRD, które niestety były wspomagane farmakologicznie. Ciała tych kobiet stawały się męskie, dobrze widziałyśmy to w szatni.

Czy w głębi duszy buntowała się pani przeciw temu?

Owszem, miałam różne myśli. Ale co można było zrobić? Stanąć i tupnąć nogami czy walczyć i próbować coś wydrzeć dla siebie?

Nie można z góry się uprzedzać: „Ten jest lepszy, nigdy z nim nie wygram”. Uczę tego swoich zawodników, bo wydaje mi się to właściwą postawą. Wyobrażałam sobie, że podejmę walkę, zrobię wszystko, co mogę. Przecież trenowałam, osiągałam dobre rezultaty, stać mnie na dobry wynik, więc muszę walczyć. W bezpośredniej walce na pływalni nikt mi nie zagraża, każdy ma swój tor, robię swoje, po prostu. A jeśli inna zawodniczka okazała się lepsza, to doceniałam to, zawsze gratulowałam. Na 400 metrów stylem zmiennym wygrała wtedy Petra Schneider, ustanowiła rekord świata – 4 minuty 36 sekund. Brytyjka, która zajęła drugie miejsce, miała czas gorszy aż o 10 sekund, a ja – o 12 sekund.

To są bardzo duże różnice w pływaniu.

Zgadza się. Bo to tak, jakbyśmy rywalizowały z facetem. Mężczyźni mieli tylko niewiele lepsze czasy od Schneider. Widać to było po budowie Niemek, ich głosie, a zwłaszcza – po nienaturalnie lepszych wynikach. Dopiero po latach wyszło na jaw, że wstrzykiwano im hormony męskie. Ale cieszyłam się, że się nie przestraszyłam i że zdobyłam brąz. Startowała wówczas również poprzednia mistrzyni olimpijska, Ulrike Tauber, i jeszcze inna młoda Niemka. Obydwie je wyprzedziłam!

Pamięta pani emocje z dnia startu olimpijskiego?

Najpierw były eliminacje. Miałam cel, żeby zawalczyć o wejście do finału. Trener przedstawiał nam różne analizy, ojciec też się interesował i miał swoje przemyślenia. Sama śledziłam analizy na podstawie rankingów światowych i wynikało z nich, że finał jest realny. Musiałam jednak poprawić wcześniejsze wyniki, bo wiadomo, że nikt nie stoi w miejscu i zwłaszcza na olimpiadzie można osiągnąć najlepszy rezultat. W każdym razie okazało się, że zajęłam bodajże drugie miejsce w eliminacjach. Wtedy wszyscy zaczęli się zachwycać: „Ojeju, to będzie medal!”. Ale chwila, moment, zaraz, jeszcze nawet finału nie było!

Czuła pani presję?

Tak, nakręcanie atmosfery nie jest dobre, to usypia sportowca. Traktowano mnie tak, jakbym już stała na podium, a przecież trzeba było ten wynik powtórzyć. Taki drugi morderczy wysiłek to wielkie wyzwanie, a 400 metrów stylem zmiennym to wyczerpujący dystans: raz, że jest to aż 400 metrów, dwa, że to są aż cztery różne style, zupełnie tak, jakby się płynęło cztery różne konkurencje bez odpoczynku. Ale miałam dodatkowy cel: żeby poprawić wynik z eliminacji, a przy okazji – zawalczyć o medal, bo raczej nie o pierwsze miejsce. Byłam przekonana, że nie dam rady, bo różnice w wynikach Schneider i pozostałych pływaczek były zbyt duże. A przyznam, że kiedy płynęłam ostatnie 50 metrów, to miałam czarno przed oczami. Nie widziałam nic, ale płynęłam dalej. Z powodu choroby organizm już nie wytrzymywał. Zadziałała pamięć ruchowa i ostatkiem sił dopłynęłam. Czułam straszliwe zmęczenie. Jestem krótkowzroczna i nie widziałam wyników. Wtedy nie było okularów pływackich dla osób z wadą wzroku, więc mrużyłam oczy, by zobaczyć, jaki uzyskałam czas.

A czy w trakcie wyścigu ma się jakąkolwiek świadomość tego, jak płyną zawodniczki na sąsiednich torach?

Ja zawsze kontroluję sytuację. Widziałam, że przez większą część wyścigu byłam druga. Ale im bliżej końca, tym mniej miałam sił. To okropne uczucie dla zawodnika: chce się walczyć, ale ciało już nie słucha. Na ostatnich kilkunastu metrach miałam mroczki przed oczami. Widziałam, że Angielka mnie wyprzedza, i robiłam wszystko, na co było mnie stać. Walczyłam do ostatniego metra, siłą rozpędu, na granicy wytrzymałości organizmu.

Byłam szczęśliwa, że dopłynęłam. Liczyłam na poprawę wyniku z eliminacji. Na tym najbardziej mi zależało, bo najgorzej jest wejść wysoko, a potem osiągnąć gorszy wynik. Wtedy człowieka ogarnia żal: „A może jednak mogłam lepiej popłynąć?”. Na szczęście czułam, że zrobiłam wszystko, co byłam w stanie. I wreszcie zobaczyłam, że mam lepszy wynik niż z eliminacji, a potem – że jest to trzeci rezultat.

Pamięta pani wręczanie medali?

Tak. Niedługo po starcie była dekoracja, więc wyszłam taka rozczochrana. Nie pomyślałam o tym, że trzeba się przygotować.

Miała pani dość krótką fryzurę.

Zawsze byłam obcięta na jeża, ojciec sam mnie strzygł. Nie bardzo mi to odpowiadało, ale krótkie włosy były wygodne, bo wystarczyło je przetrzeć, bez suszenia. I jak je przetarłam, to wyszłam z takimi kogucikami na podium. Byłam oszołomiona – co jak co, ale brązowy medal to było dla mnie osiągnięcie. Gdy wreszcie to do mnie dotarło, wzruszyłam się, popłynęły łzy.

Potem od razu musiałyśmy udać się na kontrolę antydopingową. Trzeba było oddać próbki, nie miałyśmy kontaktu z trenerem. Choć sam wyścig był o 20, to dopiero po północy wróciłyśmy do wioski. Byłam potwornie zmęczona, oczy same się zamykały, marzyłam, by wreszcie położyć się do łóżka. A w wiosce ze względów bezpieczeństwa znowu kontrole – bramki jak na lotnisku, kontrole bagażu itd. Kontrolerzy coś do mnie mówią, ja ich pytam: „Ale o co chodzi?”. Gestykulują, że coś okrągłe, to mówię: „Pomarańcze?”. Dopiero po chwili zorientowałam się, że chodzi im o medal. Najwyraźniej zapomniałam, że zdobyłam medal!

A potem jeszcze wystartowałam na 200 metrów grzbietem. Nie weszłam nawet do ćwierćfinału, bo było wiele lepszych pływaczek. Organizm nie zdążył się zregenerować i ciężko płynęło mi się ten drugi dystans.


Szesnastolatka z medalem

– Byłam skromną, małomówną, nieśmiałą osobą. Nie umiałam się cieszyć wtedy z tego osiągnięcia, nie wiedziałam, co to oznacza – wspominała Agnieszka Czopek-Sadowska swoje odczucia po zdobyciu olimpijskiego brązu. – Dopiero gdy osoby znające się na sporcie, dziennikarze, podkreślali, że to pierwszy medal w historii polskiego pływania, zaczęłam się zastanawiać, jaki w ogóle ma to wyraz. Dla mnie to był po prostu najważniejszy start w sezonie, chciałam poprawić swój rekord życiowy. A czy to da finał, czy medal, to już było prezentem.

Medalistom olimpijskim z Moskwy przysługiwała specjalna nagroda – wczasy w Grecji. Agnieszka Czopek nie mogła sobie jednak na nie pozwolić, bo… musiała trenować do kolejnych zawodów pływackich. Choć władze PRL-u obiecywały, że każdy zdobywca medalu olimpijskiego otrzyma samochód, skończyło się na znacznie skromniejszym prezencie. – Dostaliśmy nagrody pieniężne w rublach, za to kupiłam sobie 3,5-metrową meblościankę. Ja wówczas nie patrzyłam na nagrody, tylko starałam się tak pracować, żeby robić postępy, bić rekordy, nie zawieść zaufania trenera, taty, trochę też kibiców – opowiadała w 2012 r. Agnieszka Czopek-Sadowska.

Źródło: A. Bogacki, Talent? Nie, ciężka praca, „Dziennik Polski”, 27 stycznia 2012 r.

Słyszałam, że nie ma pani medalu w domu.

Zgadza się, jest w muzeum.

Nie było pani żal go oddawać?

To już zamknięty rozdział. Ale odwiedzam muzeum z zawodnikami i pokazuję im medal. W Warszawie jest piękne Centrum Olimpijskie, w którym znajduje się Muzeum Sportu i Turystyki. Uczniowie już w szkole uczą się historii starożytnych i nowożytnych igrzysk, a w tamtym muzeum jest to doskonale przedstawione, są eksponaty, a niektórzy z naszych sportowców oddali właśnie swoje medale albo części sprzętów, na których trenowali. Czasem słyszę pytania, czy jest też mój kostium, ale nie ma go. Tyle lat minęło, że prędzej w pył by się rozleciał.

Czyli pani dzieci mają świadomość, że trenują z mistrzynią?

Tak. Rodzice im to mówią. W internecie na naszej stronie mamy galerię olimpijczyków, przy sekretariacie wisi też gablota. Poza tym gdy prowadzimy nabór, to się przedstawiam. Dzieci wypytują mnie o start na olimpiadzie i opowiadam im wszystko. Na początku jest takie „wow!”, potem trochę to powszednieje. Ale te dzieci, które rzeczywiście chcą coś osiągnąć, które wykazują zaangażowanie i mają świadomość zawodniczą, często mnie pytają: „A jak pani się czuła? Jak to było przed startem?”. W każdej grupie jest część dzieci, które mają odwagę zapytać i liczą na to, że przekażę im swoją wiedzę, opowiem, pomogę. Bardzo to przyjemne.

Czuję dumę i radość z tego, że szkoła tak dobrze funkcjonuje, że mamy doskonałych zawodników, wychowaliśmy sporo rasowych pływaków. To najlepszy dowód na to, że dobra, rzetelna praca przynosi efekty.

A czy wyobraża sobie pani pracę w innym zawodzie?

Wyobrażam sobie, ale gdy podejmowałam tę pracę, traktowałam ją jako naturalną kontynuację swojej kariery. Byłam przekonana, że potrafię uczyć. Kiedy skończyłam AWF, metodą prób i błędów wypracowałam pewne metody. Praca trenerska wydawała mi się naturalna, bo mogłam wykorzystać swoje doświadczenia. A gdy są efekty, wtedy dostrzega się sens pracy.

Czy w wolnym czasie jest pani nadal aktywna fizycznie?

Staram się, ale to dla mnie wyzwanie, bo nie mam aż tyle czasu. Opiekuję się niepełnosprawną mamą, dużo czasu na to poświęcam, choć pomaga mi siostra.

Do tego dochodzą kłopoty zdrowotne. Doznałam poważnego urazu podczas jazdy na nartach na obozie sportowym. To było złamanie wieloodłamowe. Kości się zrosły, ale jedna wgniotła drugą i, mówiąc potocznie, mam dziurę w kolanie. Muszę bardzo uważać, chodząc, bo część ścięgien została naderwana. Na szczęście nie doszło do całkowitego zerwania ścięgien, a to groziłoby tym, że mogłabym nie wrócić już do pełnej sprawności.

Z kolei innym razem spacerowałam z psem, nieopodal urządzono sobie polowanie, pies mnie uderzył i złamałam kolano. W dojściu do zdrowia pomogło mi właśnie pływanie. Każdy pływak musi być gibki, bo pływanie wymaga swobodnego, miękkiego ruchu. To, że miałam bardzo rozciągliwe ścięgna, uratowało mnie przed całkowitym ich zerwaniem. Została we mnie dawna wytrwałość i wypracowałam to, by zachować sprawność. A wróżono mi wózek, sztuczne kolano, cuda na kiju! Zaparłam się i się udało. Ale cały czas muszę ćwiczyć, żeby utrzymać kondycję i móc samodzielnie chodzić.

A jaką podejmuje pani aktywność?

Wykonuję ćwiczenia gimnastyczne, rozciągam się, żeby nie dochodziło do przykurczów. W przeciwnym razie kontuzje przeniosłyby się na biodra, na kręgosłup. Jeśli coś w ciele źle funkcjonuje, to kinematyka ruchu przenosi się w inne miejsce, dochodzi do zaburzeń, funkcja ruchu się zmienia i występują bóle w różnych miejscach. Dlatego gdy się obudzę, napinam mięśnie nóg w różnych pozycjach. Nie mogę, jak dawniej, po prostu wstać z łóżka, na równe nogi. Potem są ćwiczenia rozciągające, wszystko zajmuje ok. 10 minut.

Trochę jak rozgrzewka przed startem?

Tak, na tym to polega. Zawsze powtarzam zawodnikom: „Rozgrzewka – święta rzecz. Dzisiaj was jej nauczę, przez rok będę pilnować, a potem sami musicie o niej pamiętać”. Rozgrzewka zmniejsza ryzyko kontuzji, ogranicza skalę urazu w razie upadku.

Lubię też spacery i marsze z psem – to jest aktywność dobra w każdym wieku.

I przyjemna!

Zgadza się. Uważam, że nawet gdy brakuje czasu, da się znaleźć

10 minut na spacer. Chodzę też czasem na basen, ale wodowstręt ciągle się odzywa.

Pływa pani w basenie czy w jeziorze?

Wolę na basenie, gdzie wszystko widzę, czuję się bezpiecznie, a na otwartych wodach bywa różnie. Nie jestem co prawda aktywnym ratownikiem wodnym, ale zdaję sobie sprawę ze wszystkich niebezpieczeństw.

Mam też obawy przed nurkowaniem. Po zakończeniu kariery, jeszcze na studiach, z koleżankami pływaczkami brałyśmy udział w zawodach dla ratowników. Trenowałam wtedy nurkowanie, ale wolę pływać na powierzchni lub przynajmniej widzieć dno i wszystko, co mnie otacza. Nie lubię niespodzianek. Może mam bujną wyobraźnię albo naoglądałam się filmów?

Można nabrać różnych lęków w związku z wodą i mam to na uwadze podczas treningów z dziećmi. Jeśli widzę, że któreś ma problemy z oddychaniem, wstrzymuje powietrze, to wracam do podstaw: poprawiam, uczę prawidłowego oddychania. Dopiero gdy dziecko pozbędzie się blokad, poczuje się swobodniej, możemy pracować dalej. Dopóki dziecko tego nie opanuje, ciągle będzie się bało. Wiadomo, że z czasem to minie, ale lepiej od razu nauczyć właściwego oddychania, żeby dziecko nie mocowało się samo ze sobą. Im dłużej trwa problem z oddychaniem, tym dłużej dziecko nie opanuje techniki i będzie utrwalać złe nawyki – błędne koło. Trzeba jednak przyznać, że wyplenienie złego nawyku jest trudne, a czasem nawet niemożliwe. Zdarza się, że ktoś nie umie zapanować nad oddechem, nie chce się go nauczyć lub po prostu nie czuje swojego ciała. Są różne przyczyny.

W każdym razie gimnastyka i spacery z psem to obecnie dla mnie wystarczająca forma ruchu, żeby zachować kondycję. Nie mam większych wymagań w stosunku do siebie, nie muszę nic już sobie udowadniać. Oczywiście zdarza się, zwłaszcza zimą, że wracam po pracy zmęczona, jest zimno, ciemno. Wtedy idę na łatwiznę, wyprowadzam psa niedaleko. Ale gdy nie chodzę na spacery, od razu zaczynają mnie boleć kręgosłup, nogi, głowa.

Organizm domaga się ruchu?

Tak. A jeśli regularnie się ruszam, choćby pół godziny czy nawet 15 minut dziennie, czuję się o wiele lepiej. Potwierdzają to badania naukowe. Podobnie jak musimy organizmowi dostarczać pożywienia, wody, tlenu, tak też powinniśmy postrzegać ruch. Brak odpowiedniej dawki aktywności fizycznej prowadzi do zaburzeń w organizmie.

Mówi się, że lekarze powinni przepisywać ruch na receptę, tak jak leki.

O tak! Większość bólów moim zdaniem bierze się z bezruchu. Trzeba znaleźć w sobie siłę, motywację, by przymusić się do aktywności. To jak z wejściem do wody. Nawet pływacy opóźniają moment, kiedy muszą się zanurzyć, bo mokro, chłodniej. Ale kiedy się wejdzie, to szybko się o tym zapomina i jest przyjemnie. Najtrudniej zacząć.


Agnieszka Czopek-Sadowska – urodziła się 9 stycznia 1964 r. w Krzeszowicach. Pływaczka, pierwsza polska medalistka olimpijska w pływaniu. W Moskwie (1980) zdobyła brąz, mając 16 lat. Reprezentowała klub Jordan Kraków. Dwukrotna brązowa medalistka mistrzostw Europy w Splicie (200 metrów motylkiem i 400 metrów stylem zmiennym). Brązowa medalistka Pucharu Świata Tokio 1979. Mistrzostwo Polski zdobywała 14-krotnie. Kilkadziesiąt razy biła rekord Polski w różnych konkurencjach. Po zakończeniu kariery zawodniczej została nauczycielką pływania, trenerką w Zespole Szkół Ogólnokształcących Mistrzostwa Sportowego w Krakowie.